82 lata po zrzucie dla AK „Jaskółka”. W Bieździadce odsłonięto tablicę pamięci
W Bieździadce odbyła się dziś uroczystość odsłonięcia tablicy upamiętniającej jedną z najbardziej niezwykłych akcji konspiracyjnych przeprowadzonych w tej części Podkarpacia podczas II wojny światowej. W nocy z 9 na 10 kwietnia 1944 roku aliancki Halifax, mimo sygnału o zagrożeniu, zrzucił tutaj broń i wyposażenie dla żołnierzy Armii Krajowej. Po 82 latach miejsce zrzutu zostało trwale oznaczone. W uroczystości uczestniczyli mieszkańcy, przedstawiciele samorządu, IPN, służb mundurowych oraz gość reprezentujący Królewskie Kanadyjskie Siły Powietrzne.
Zapraszamy do obejrzenia Fotorelacji z uroczystości >>>




Uroczystości rozpoczęły się o godz. 10 mszą świętą polową odprawioną w intencji żołnierzy Armii Krajowej, lotników i organizatorów akcji, a także mieszkańców gminy Kołaczyce zamordowanych podczas II wojny światowej. Następnie uczestnicy zgromadzili się przy miejscu historycznego zrzutu.



To właśnie tutaj, na wzgórzu w Bieździadce, w kwietniu 1944 roku rozegrała się operacja, która mogła zakończyć się tragicznie. Niemieccy żołnierze znajdowali się wówczas w niewielkiej odległości od zrzutowiska, a mimo to cały dostarczony drogą lotniczą ładunek trafił ostatecznie w ręce polskiego podziemia. Informacje dotyczące przebiegu akcji potwierdzają materiały rzeszowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.
„Historia wydarzyła się właśnie tutaj”
Podczas uroczystości burmistrz Kołaczyc Magdalena Stasiowska przypomniała, że przez dziesięciolecia pamięć o wydarzeniach z 1944 roku przetrwała przede wszystkim dzięki mieszkańcom i rodzinnym przekazom.

– Spotykamy się dziś w miejscu, które jest świadkiem wydarzeń sprzed ponad 80 lat. Wydarzeń, o których przez lata przypominały przede wszystkim rodzinne opowieści, wspomnienia i przekazywane z pokolenia na pokolenie historie – mówiła.
Jak podkreśliła, zrzut dla placówki AK „Jaskółka” był operacją przeprowadzoną w warunkach ogromnego zagrożenia.
– W kwietniu 1944 roku Bieździadka stała się miejscem niezwykle ważnej i niebezpiecznej akcji. Na placówkę Armii Krajowej o kryptonimie „Jaskółka” dokonano zrzutu broni i wyposażenia, które miały później służyć żołnierzom podziemia w walce o wolność – przypomniała Magdalena Stasiowska.
Burmistrz zwróciła uwagę, że odsłonięta tablica ma przede wszystkim zachować pamięć o konkretnych ludziach – żołnierzach, konspiratorach i mieszkańcach, którzy ryzykowali własnym życiem.
– Odsłaniana dziś tablica jest symbolem pamięci. Jest naszym podziękowaniem dla tych, którzy w czasach próby mieli odwagę stanąć po stronie wolności. Jest także przypomnieniem dla nas, współczesnych mieszkańców, że historia nie jest czymś odległym. Ona wydarzyła się właśnie tutaj, na tej ziemi, po której dziś chodzimy – mówiła.
Flaga od Prezydenta RP dla lokalnej społeczności
Podczas uroczystości odczytano również przesłanie Prezydenta RP Karola Nawrockiego. Lokalnej społeczności została przekazana flaga Rzeczypospolitej Polskiej, która ma być eksponowana w Izbie Muzealnej na kołaczyckim Rynku oraz podczas uroczystości patriotycznych. Karol Nawrocki pełni urząd Prezydenta RP od 2025 roku.
W przesłaniu prezydent podziękował m.in. samorządowi, osobom zaangażowanym w pielęgnowanie lokalnej historii oraz społecznościom szkół i parafii.
– Niech pod tą flagą łączą się Państwo we wspólnotę zjednoczoną wokół wartości fundujących nasz naród – napisano w odczytanym podczas uroczystości przesłaniu.
Kanadyjski pilot nad Bieździadką
Szczególne znaczenie miała obecność przedstawiciela Królewskich Kanadyjskich Sił Powietrznych – majora Thysa Hoedemana. Związek Kanady z wydarzeniami w Bieździadce nie jest przypadkowy.
Pilotem Halifaxa, który w kwietniu 1944 roku dostarczył broń dla AK, był Arthur Victor Dunphy z Royal Canadian Air Force, służący w 148. Dywizjonie Specjalnego Przeznaczenia RAF. Jego udział w operacji potwierdzają materiały IPN, a także brytyjskie dokumenty dotyczące przyznanego mu później Distinguished Flying Cross.

– By odpowiedzieć na pytanie, kim jesteśmy, musimy najpierw zrozumieć, kim byliśmy – mówił podczas uroczystości kanadyjski oficer.
Podkreślił, że stojąc w miejscu, gdzie żołnierze Armii Krajowej odbierali alianckie zaopatrzenie, może lepiej dostrzec również wspólną historię Polski i Kanady.
– Jestem dumny, stojąc tutaj w miejscu, gdzie żołnierze Armii Krajowej stawiali czoła okupantowi i gdzie alianccy lotnicy zaopatrywali polskich partyzantów – zaznaczył.

Przypomniał przy tym postać Arthura Victora Dunphy'ego i jego udział w lotach z pomocą dla polskiego podziemia.
Najpierw musieli odwołać zrzut
Historię operacji szczegółowo przedstawił podczas uroczystości Marcin Makara.

Akcja rozpoczęła się już wieczorem 8 kwietnia 1944 roku, w Wielką Sobotę. Obsługa placówki „Jaskółka” otrzymała rozkaz gotowości do przyjęcia alianckiego zrzutu. Sytuacja niespodziewanie się jednak skomplikowała. W zabudowaniach dworskich w Bieździadce i Bieździedzy pojawił się silny oddział niemiecki.
Pierwsza próba została więc odwołana. Żołnierze AK nadali nadlatującym maszynom sygnał ostrzegawczy. Dwa samoloty, które pojawiły się nad zrzutowiskiem, ostatecznie odleciały bez pozostawienia ładunku. Według IPN niemiecki oddział rozlokował się zaledwie około 900 metrów od placówki odbiorczej.
Kolejnej nocy zagrożenie wcale nie minęło.
Halifax dostał sygnał: nie zrzucać
W nocy z 9 na 10 kwietnia 1944 roku na zrzutowisko przybyła tylko kilkuosobowa grupa żołnierzy AK. Niemcy nadal znajdowali się w sąsiedztwie.


O godz. 23.10 nad placówką pojawił się Halifax JP-223 „W” pilotowany przez Arthura Victora Dunphy'ego. Ludzie znajdujący się na ziemi za pomocą dwóch czerwonych lamp nadali w alfabecie Morse'a literę „G”. Był to sygnał oznaczający niebezpieczeństwo i zakaz wykonania zrzutu.
Pilot mimo wszystko nie odleciał.
Między godz. 23.16 a 23.35, podczas trzech nalotów nad zrzutowiskiem, z wysokości około 450 metrów zrzucono 12 zasobników oraz 12 paczek. Następnie Halifax skierował się na południe i po trwającym łącznie 8 godzin i 15 minut locie bezpiecznie wrócił do bazy.
Do dziś nie ma pewności, dlaczego lotnicy zdecydowali się wykonać zrzut mimo jednoznacznego ostrzeżenia z ziemi.
Broń spadała na wzgórze i zbocza
Dla znajdującej się na miejscu niewielkiej grupy żołnierzy AK zaczęła się walka z czasem. Nie byli przygotowani na odbiór tak dużej ilości wyposażenia.
Przywołano relację dowódcy placówki „Jaskółka”, kapitana Józefa Modrzejewskiego ps. „Lis”. Wspominał on, że część ładunków spadła na szczyt wzgórza, inne znalazły się na zboczach od strony Bieździadki i Bieździedzy. Obawiano się, że w każdej chwili mogą pojawić się Niemcy.
Paczki ważyły około 40 kilogramów, natomiast zasobniki nawet około 120 kilogramów. Ciężkie pojemniki trzeba było przetaczać po błotnistym terenie.
Dopiero około godz. 3.30 na miejsce dotarła zaalarmowana grupa odbiorcza. Ładunek umieszczono na trzech wozach. Nie można było jednak wywieźć wszystkiego jednocześnie, dlatego transport podzielono.
– Jesteśmy piekielnie zmęczeni, zabłoceni, ale weseli. Wieziemy ze sobą upragnioną broń – tak nocną akcję wspominał po latach kpt. Modrzejewski.
Niemcy pojawili się nad ranem
Niemiecka reakcja przyszła zbyt późno. Nocny myśliwiec wysłany z lotniska w Krośnie oświetlił reflektorami już opróżnione pole zrzutowe. Żołnierze AK znajdowali się wówczas w lesie.
Rankiem 10 kwietnia do Bieździadki przyjechali z Jasła funkcjonariusze niemieckiego aparatu bezpieczeństwa wraz z policjantami granatowymi. Miejscowych mężczyzn spędzono na teren dworu. Pięćdziesięciu z nich skierowano do przeszukania pola.
Mieszkańcy wiedzieli, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, jednak nie zdradzili Niemcom informacji o zrzucie. Ostatecznie okupanci wrócili do Jasła i nie doszło wówczas do represji.
Breny i Steny trafiły do AK
Żołnierzom podziemia udało się zabezpieczyć cały aliancki ładunek. Część wyposażenia ukryto m.in. na plebanii w Sieklówce, następnie przewieziono je do przygotowanego schronu w Chrząstówce.
Wśród dostarczonego uzbrojenia znajdowały się m.in. karabiny maszynowe Bren, pistolety maszynowe Sten oraz amunicja. Broń wykorzystano później podczas akcji „Burza”. W przygotowaniu zrzutowiska, odbiorze, transporcie i zabezpieczeniu zaopatrzenia uczestniczyło kilkudziesięciu żołnierzy AK, przede wszystkim z Warzyc i Sieklówki, a także oficerowie Obwodu AK Jasło i członkowie lokalnych struktur Kedywu.
Dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski „Bór” w depeszy dotyczącej operacji podkreślał, że placówka była poważnie zagrożona, a sprzęt udało się ocalić niemal cudem.
Tablicę odsłonili przedstawiciele rodziny, Kanady i samorządu
Kulminacyjnym momentem dzisiejszych obchodów było odsłonięcie tablicy poświęconej żołnierzom placówki Armii Krajowej, którzy w 1944 roku uczestniczyli w odbiorze zrzutu.



Do jej odsłonięcia zaproszono Annę Żygłowicz – przedstawicielkę rodziny Mieczysława Żygłowicza – wraz z synem Jakubem, przedstawiciela Królewskich Kanadyjskich Sił Powietrznych oraz burmistrz Kołaczyc Magdalenę Stasiowską.
Upamiętnienie ma również młodzieżowy początek. Jak informuje IPN, pomysł jego powstania związany był z uczniami Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie w Kołaczycach uczestniczącymi w ogólnopolskim projekcie „Silni Polską”. Fundatorem i realizatorem upamiętnienia została Gmina Kołaczyce. Materiały historyczne wykorzystane przy przedsięwzięciu były efektem pracy dr. Andrzeja Borcza i Waldemara Natońskiego w ramach projektu „Na tropie zrzutowisk Armii Krajowej”.



W programie znalazł się również Apel Pamięci oraz część artystyczna przygotowana przez uczniów Szkoły Podstawowej w Bieździedzy. uczniowie zaprezentowali inscenizację historyczną, która obrazowała przebieg wydarzeń z kwietnia 1944 roku. Młodzi wykonawcy przedstawili zarówno moment alianckiego zrzutu, jak i późniejsze przejęcie oraz zabezpieczenie broni przez żołnierzy Armii Krajowej.



Pogoda pokrzyżowała plany. Symbolicznego zrzutu nie było
Organizatorzy przygotowali na zakończenie jeszcze jeden szczególny element – przelot samolotu i symboliczny zrzut, który miał nawiązywać do wydarzeń sprzed 82 lat.
Tego punktu programu nie udało się jednak zrealizować.
Samolot miał wystartować z Mielca, następnie wylądować na lotnisku IKAR w Jaśle, skąd miał polecieć nad miejsce uroczystości w Bieździadce. Plany pokrzyżowała pogoda. Maszyna nie zdołała przebić się przez warstwę chmur i nie dotarła do Jasła, dlatego zaplanowany przelot nad historycznym zrzutowiskiem został odwołany.
Nie zmieniło to jednak zasadniczego celu piątkowej uroczystości. Po ponad ośmiu dekadach miejsce, w którym aliancki Halifax dostarczył broń żołnierzom polskiego podziemia, zostało trwale oznaczone, a historia placówki AK „Jaskółka” przypomniana kolejnemu pokoleniu.
AJ


