Ekstremalne wędrówki to ich sposób na życie
Weronikę Łukaszewską i Sławomira Sanockiego połączyły pasja i miłość do gór. Rok temu wspólnie wyruszyli na pionierską zimową wyprawę „Łukiem Karpat”. O tym, co wydarzyło się podczas trzymiesięcznej wędrówki opowiedzieli w wywiadzie udzielonym redakcji.

M.D.: Ludzi, którzy kochają góry jest całe mnóstwo. Nie każdy decyduje się jednak na podjęcie karkołomnej wyprawy „Łukiem Karpat”, w dodatku zimową porą. Czy w waszym przypadku wspomniana miłość, nie przerodziła się w fatalne zauroczenie?
Weronika Łukaszewska: Myślę, że tak właśnie jest. Nasza przygoda z wędrówkami górskimi zaczęła się od Głównego Szlaku Beskidzkiego o długość blisko pięciuset kilometrów. To najdłuższy szlak górski w Polsce, który wiedzie z Beskidu Śląskiego w Bieszczady. Przeszliśmy go w 2014 r. Tak złapaliśmy bakcyla wędrówek długodystansowych, dających niemal nieograniczoną wolność przez odczucie tego, że obcuje się z górami i otaczającą nas zewsząd przyrodą. To wtedy Sławek, pierwszego lub drugiego dnia wędrówki szlakiem rzucił hasło, aby iść łukiem Karpat. Sądziłam, że to żart, ale mówił poważnie. Kilka miesięcy później przeszliśmy Karpaty latem.
Sławomir Sanocki: Po powrocie do domu staraliśmy się wrócić do przysłowiowej normalności, jednak wędrówka łukiem Karpat, na dystansie dwóch tysięcy kilometrów potrafi sporo namieszać w głowie. Spoglądamy na wiele kwestii z zupełnie innej perspektywy. Myśl o kolejnej wyprawie wracała do nas jak bumerang. Już podczas letniej wyprawy rozmawialiśmy nieśmiało o zimowej próbie. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że nikt jeszcze tego nie dokonał i nie będzie to łatwe, jednak to dodatkowo podsycało chęć zmierzenia się z tym wyzwaniem.
Weronika Łukaszewska: Zastanawialiśmy się, czy to w ogóle jest możliwe. Wówczas wydawało się nierealne. Skoro letnia wyprawa zajęła nam 116 dni, to zimowa, która miałaby trwać krócej, bo tylko trzy miesiące jawiła nam się jako nieprawdopodobna. Na pewno, nie w wersji, w której miałaby przebiegać najwyższymi pasmami, takimi jak Fogarasze, czy Tatry, stając na najwyższych szczytach, jak w czasie letniego przejścia.
M.D.: Decyzja o podjęciu próby zimowego przejścia łuku Karpat sukcesywnie dojrzewała w waszych głowach. Kiedy ogłosiliście wszem i wobec, że pionierska wyprawa wkrótce stanie się faktem, nie brakowało głosów, że to absolutne szaleństwo. Czy głosy sceptyków motywowały was do podjęcia jeszcze bardziej wytężonej pracy, czy też były hamulcem, który zaszczepił w was jedynie wątpliwości?
Sławomir Sanocki: W chwili podjęcia decyzji wiedzieliśmy, że nic i nikt nie będzie w stanie odwieść nas od niej. To nie była decyzja podjęta naprędce. Głosy te nie miały, więc na nas większego wpływu, aczkolwiek nie pomagały w przygotowaniach. Wracając pamięcią do tamtych chwil przypominam sobie, że mieliśmy duże problemy z pozyskaniem sponsorów. Pomimo tego, że projekt wydawał się bardzo ciekawy, to uważano, że jest on nierealny. Klamka jednak zapadła, a my wiedzieliśmy jak chcemy zrealizować założone cele. Przygotowania techniczne trwały blisko siedem miesięcy. Mentalnie szykowaliśmy się do wyprawy znacznie dłużej. Trzeba pamiętać, że przez Karpaty nie wiedzie ściśle wyznaczony szlak. Sami musieliśmy wytyczyć trasę przejścia by były szanse na pokonanie jej zimą, co było kluczowe dla losów wyprawy. Z tego powodu musieliśmy zrezygnować z przejścia wysokich partii gór, np. główną granią Fogaraszy, najwyższego pasma górskiego Rumunii. W przeciwnym razie, przeprawa przez nie trwałaby kilka tygodni, a nasze plecaki musiałyby być lżejsze, z innym wyposażeniem.
M.D.: Do wędrówki przygotowywaliście się kilka miesięcy, tymczasem w jej pierwszy etap wyruszyliście wyposażeni w sprzęt, do wykonania, którego posłużyły kije od zwykłych szczotek. Bez niekonwencjonalnego wyposażenia wyprawa nie byłaby możliwa?
Sławomir Sanocki: Sprzęt ma duże znaczenie. Wyruszaliśmy z miejscowości Devin na Słowacji nad Dunajem w pobliżu Bratysławy. Sprzęt, o którym mowa miał nam dać w pierwszej części wyprawy spory bonus. Myśleliśmy o tym, jak odciążyć nasze plecaki. Wpadliśmy na pomysł, aby część sprzętu umieścić na specjalnie przygotowanych sankach. Pomysł zapożyczyliśmy wzorując się na wyprawach na biegun. Oczywiście były one mocno prowizoryczne. Zakupiliśmy zwykły ślizg dziecięcy za niewielkie pieniądze, do tego dołożyliśmy dwa kije teleskopowe za pomocą, których ciągnęliśmy te pulki. Były przeznaczone głównie na Polskę i Słowację, gdzie góry są niższe. Przygotowanie sprzętu nie było łatwe. Nikt bowiem nie organizował wcześniej takiej wędrówki w górach na tak długim dystansie zimą. Trudność polegała na tym, że sami musieliśmy szukać różnego rodzaju rozwiązań.
M.D.: Co stało się z tymi sankami?
Sławomir Sanocki: Odesłaliśmy je w Beskidzie Niskim do domu. Wchodziliśmy w Bieszczady i nie spełniałyby już swojej roli w wyższych partiach Karpat. Dziś kojarzą się nam z brakiem śniegu. Ciągnąłem je łącznie może sto kilometrów... Warto zaznaczyć, że brak śniegu pozwolił nam na szybsze pokonanie pierwszego etapu wędrówki. Gdyby było go więcej w Polsce i na Słowacji, trudno byłoby nam zmieścić się w limicie czasu. A tak, swobodnie mogliśmy robić dziennie po trzydzieści kilometrów.

M.D.: Czy całe zaopatrzenie troczyliście na sobie w plecakach i na wspomnianych sankach?
Sławomir Sanocki: Oczywiście, że nie. Żywność liofilizowaną i butle z gazem do kuchenki umieściliśmy na trasie co 200 km w depozytach na ok. 10-14 dni. Dzięki czemu mogliśmy rzadziej schodzić do sklepów.
Weronika Łukaszewska: Depozyty rozstawiliśmy odpowiednio wcześniej. Dwa z nich wysłaliśmy pocztą, z czego jeden nie dotarł do miejsca przeznaczenia zanim my się tam pojawiliśmy.
Sławomir Sanocki: W depozytach łącznie było około 60 kilogramów żywności i gazu. W ten sposób mogliśmy odciążyć nasze plecaki.
Weronika Łukaszewska: Poza tym kupowaliśmy również „normalną” żywność, kiedy tylko mieliśmy taką okazję. Staraliśmy się zaopatrywać w produkty wysokokaloryczne, jak na przykład słoninę, którą można przechowywać w różnych warunkach. Jej zaletą jest to, że daje się kroić nawet, kiedy jest zamrożona. Na Słowacji potrafiliśmy kupić nawet dwa kilogramy słoniny, szczególnie, kiedy okazało się, że depozyt nie dotarł na czas. Na tym etapie byliśmy zmuszeni do innego żywienia, bez liofilizatów, czyli bez ciepłego posiłku na trasie. Te miały nam dostarczyć około tysiąca pięciuset kalorii. Do tego dokładaliśmy ciastka i na przykład słoninę, aby dobić do 3-4 tys. kalorii.
M.D.: Nie zawsze mieliście okazję zjeść ciepły posiłek. Jak brak kalorii wpływał na wasze samopoczucie zarówno fizyczne, jak również psychiczne?
Weronika Łukaszewska: Wiele zależy w tym przypadku od warunków, temperatury, czy też ukształtowania terenu. Jeżeli temperatura nie spada poniżej zera nie potrzebujemy, jak się okazuje, aż tylu kalorii. Organizm jest wówczas w stanie w ciągu jednego lub dwóch dni poradzić sobie z ich niedoborem. Parokrotnie znaleźliśmy się w warunkach, w których, pomimo, że mieliśmy żywność liofilizowaną, nie byliśmy w stanie przygotować ciepłego posiłku. Ciało to wszystko odczuwa. Kluczowe znaczenie przy tego rodzaju wyzwaniu ma przygotowanie fizyczne. Ważne, aby wcześniej zrobić sobie zapasy, choć zawsze mieliśmy problemy z tym, żeby dobić do pożądanej wagi. Wszystko rozgrywa się także w głowie. Determinacja pozwala pokonywać przeróżne trudności. W głowach mieliśmy cały czas myśl, że musimy dać radę. Nie było innej opcji.
Sławomir Sanocki: Dodałbym jeszcze to, że mieliśmy zasuszone żołądki, przez co nie odczuwaliśmy tak bardzo głodu. Trudniej radziliśmy sobie z dostarczeniem organizmowi wody. Ja miałem z tym poważne problemy w Rumunii. Zupełnie nie przespałem trzech nocy, ze względu na potworny ból głowy, co było związane z odwodnieniem. Podczas wypraw, takich jak nasza następuje też znaczny ubytek mikro- i makroelementów.

M.D.: Odżywianie to niezwykle interesujący wątek wyprawy. O czym myśleliście, kiedy tułaliście się po lasach i bezdrożach, a na stole wigilijnych w waszych domach rodzinnych stały tradycyjne świąteczne potrawy, kuszące smakiem i aromatem?
Sławomir Sanocki: Doskonale wiedzieliśmy, na co się piszemy. Raczej tym skupialiśmy się na tym, co na szlaku. Najczęstszym tematem jednak było jedzenie. Zadawaliśmy sobie pytanie: Co byś zjadła? Co byś zjadł?
Weronika Łukaszewska: Nie oszukujmy się. Zastanawialiśmy się nad tym, co znalazło się na stołach wigilijnych w naszych rodzinnych domach. Ja pochodzę z Gniezna. W moim rodzinnym domu na stole pojawiają się inne potrawy niż na stołach w Jaśle. Opowiadaliśmy sobie podczas wędrówki o Świętach i wigilii. Było to specyficzne i fajne. Podczas takiej wyprawy, z dala od domu i świątecznej atmosfery, człowiek uświadamia sobie jak tego brakuje. Raz w roku jest ten magiczny czas Świąt Bożego Narodzenia, który warto celebrować, z najbliższymi, a zapach pierników i świerku to coś fantastycznego.
Sławomir Sanocki: Choinek akurat mieliśmy pod dostatkiem (śmiech).
M.D.: Po całodniowej wędrówce przychodził czas na odpoczynek. Jak spędzaliście wieczory? Udawało się wam znaleźć czas na dyskusje, podsumowania, analizy?
Sławomir Sanocki: Przez cały dzień myśleliśmy tylko o tym, aby znaleźć się w puchowym śpiworze. O tym jak wyglądały wieczory i noce decydowały warunki, w jakich przychodziło nam nocować. Przed wyruszeniem w trasę zaznaczyliśmy sobie na GPS chatki pasterskie, które wyszukiwaliśmy na Google Earth, były jednak w różnym stanie. Czasami trzeba było je odkopać, żeby do nich wejść. Brakowało w nich części dachu lub fragmentów ścian. Warunki były przeróżne. Po wejściu do śpiwora następowało przeważnie odcięcie przysłowiowego prądu.
Weronika Łukaszewska: Jeżeli mieliśmy odrobinę czasu i siły wieczorem, przed snem staraliśmy się pisać relacje z wędrówki. Na moich barkach spoczywało także prowadzenie mini dziennika wyprawy. Starałam się, więc, przynajmniej w dwóch zadaniach napisać gdzie się znajdujemy, co robiliśmy danego dnia i dokąd zmierzamy. Robiliśmy też wszystko, żeby poinformować rodziny, co się z nami dzieje. Prowadziliśmy także blog.
M.D.: Trasa wędrówki biegła przez terytoria czterech państw. Dla was było to zderzenie się z różnymi kulturami. Pomimo, iż wędrowaliście przez tereny trudno dostępne, gdzie rzadko można spotkać drugiego człowieka, to schodząc w niższe partie gór takie spotkania się zdarzały. Jak byliście przyjmowani przez miejscową ludność?
Weronika Łukaszewska: Ludzie przede wszystkim reagowali zdziwieniem. Przyjmowani byliśmy zawsze pozytywnie.
Sławomir Sanocki: Kiedy idziemy latem z plecakiem przez góry w Rumunii, wiadomo o co chodzi. Podczas zimowej wędrówki musieliśmy tłumaczyć skąd jesteśmy, co tutaj robimy i jakie są nasze plany. Latem nie musieliśmy wyjaśniać, naszej obecności. Dlatego też zimą bardziej uwidacznia się bariera językowa. Wydaje się, że byliśmy atrakcją dla miejscowych. W Polsce zimowe spacery po górach nie są niczym wyjątkowym. W Rumunii sytuacja jest zgoła odmienna. W okresie zimowym nie działają tam górskie służby ratownicze, bo zimą po górach przecież się nie chodzi.
Weronika Łukaszewska: Z wielu spotkań, jedno szczególnie zapadło mi w pamięci. Podczas prezentacji często zresztą o nim mówię, pokazując zdjęcia. Na Ukrainie spotkaliśmy, na oko, osiemdziesięciokilkuletnią staruszkę, która wyszła z domu, po to, aby zapytać, czy przypadkiem czegoś nie potrzebujemy. Autentycznie martwiła się tym, czy poradzimy sobie na końcu świata.
Sławomir Sanocki: Podróżowanie po takich miejscach może wiele człowieka nauczyć. Pozwala tez spojrzeć na świat z innej perspektywy. Po doświadczeniach dwóch przejść łukiem Karpat, nauczyłem się, że im większa bieda, tym większe serce ludzie okazują innym. Komercjalizacja zabija stosunki międzyludzkie.

M.D.: Najbardziej niezwykłym spotkaniem na trasie nie było jednak spotkanie z człowiekiem. W górach ocaliliście życie pewnemu stworzeniu. Jak do tego doszło?
Sławomir Sanocki: Tego dnia panowały bardzo złe warunki atmosferyczne. Była potężna zawieja, zero widoczności. W pewnym momencie dostrzegliśmy wystający spod śniegu ciemny przedmiot. Nasza percepcja była zupełnie zaburzona. Szliśmy w chmurze, czuliśmy się niczym w piłce do ping ponga. Sądziliśmy, że wspomniany przeze mnie punkt to skała. Wydawało nam się jakby był on oddalony o kilkadziesiąt metrów. Tymczasem zaczął się do nas szybko zbliżać. Okazało się, że był to mały ptak, który ostatkiem sił próbował zerwać się do lotu. Nie mógł jednak tego zrobić, był w połowie zamarznięty. Dziób i skrzydło miał pokryte lodem. Postanowiliśmy, że spróbujemy go uratować przed niechybną śmiercią. Weronika wzięła go pod kurtkę, aby odmarzł. Zdecydowaliśmy się zmienić tego dnia trasę i zeszliśmy do linii lasu, by go wypuścić, kiedy dojdzie do siebie.
M.D.: Ta sytuacja była dla was lekcją? Swoistego rodzaju znakiem?
Weronika Łukaszewska: Jednym i drugim jednocześnie. Znaleźliśmy się w fatalnych warunkach. Zastanawialiśmy się, co robić dalej. Drozd był odpowiedzią.
Sławomir Sanocki: To zdarzenie było hamulcem. Ze względu na ograniczony czas, staraliśmy się wędrować nawet podczas złej pogody, chyba, że warunki stawały się ekstremalnie trudne. Wówczas odpuszczaliśmy.

M.D.: Ograniczenie czasu wyprawy do trzech miesięcy skutkowało tym, że każdy dzień był dla was walką o pokonanie jak najdłuższego dystansu. Czy tego rodzaju konwencja wyprawy nie stanowi przysłowiowej kuli u nogi?
Sławomir Sanocki: To doskonałe pytanie. Ramy czasowe zabijają sens wędrówek górskich. Nie jest możliwe pełne obcowanie z naturą, jej kontemplowanie i podziwianie. Tak jak podkreślamy na organizowanych prelekcjach, więcej nie zdecydujemy się już na tego rodzaju wyzwanie czasowe.
M.D.: Które z miejsc, zrobiły na was największe wrażenie?
Weronika Łukaszewska: Ukraina jest naprawdę wspaniała. Niesamowite wrażenie robi Połonina Krasna. W każdym kierunku, roztacza się z niej widok gór. Pejzaż rozciąga się na park narodowy „Synewyr”, pasmo Gorganów, Świdowiec, Połoninę Borżawską. Po takie widoki idzie się w góry.
Sławomir Sanocki: Przeważnie, trafialiśmy na warunki, które uniemożliwiały podziwianie widoków. Kiedy jednak chmury rozwiewał wiatr, otrzymywaliśmy od losu możliwość obserwowania Karpat zimą. Polecam ten widok. Niestety pogoń zmuszała nas do marszu, rzadko mogliśmy przystanąć na dłużej, choćby po to, aby zrobić więcej zdjęć.
M.D.: Nie wyobrażam sobie, abyście na dłużej utknęli w domowych pieleszach. Macie już pomysł na kolejną eskapadę?
Weronika Łukaszewska: Pomysłów jest kilka. Zobaczymy jednak, co przyniesie przyszłość. Na chwilę obecną badamy możliwości zorganizowania wyprawy w takim kształcie, w jakim chcemy, aby ona się odbyła. Pociągają nas raczej te dziksze zakątki gór, a więc pewnie kierunek wschodni.
Sławomir Sanocki: Nie ukrywamy, że chcemy znaleźć nowe wyzwanie, gdzie obcowalibyśmy z zupełnie dziką naturą. Karpaty są dla nas już terenem odkrytym.
Z Weroniką Łukaszewską i Sławomirem Sanockim rozmawiał Marcin Dziedzic.
Partnerami wyprawy byli m.in.: Województwo Podkarpackie, Miasto Jasło oraz Powiat Jasielski.

