IV Bieg Rzeźnika - wspomnienia z trasy
Wszystko zaczęło się w czwartek 7 czerwca od przyjazdu do Komańczy gdzie mieliśmy zabukowany nocleg przez Pita w pokojach gościnnych stacji kolejowej. Pokoje, które dostaliśmy na nasz nocleg i bazę do sporządzenia worków na przepaki były luksusowe w porównaniu z tymi, w których spaliśmy poprzedniego roku. Na wyposażeniu pokoju był telewizor i lodówka, w której można było ukryć produkty żywnościowe, które później znalazły się workach przygotowanych na przepaki. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy do Woli Michowej gdzie znajdowało się biuro zawodów. Na miejscu była już spora grupa biegaczy, panował dobry nastrój, Tegoroczni „rzeźnicy” siedzieli w małych grupkach, śmiali się, żartowali, inni przeglądali mapę Bieszczad, jeszcze inni sporządzali tajemne płyny, które to miały im dodać mocy na ostatnich kilometrach biegu. Cały ten widok, śmiejących się ludzi, głośnych rozmów, nasuwał myśl, że to ostatnie błogie chwile przed jutrzejszym atakiem na Bieszczady. Biuro zawodów jak zwykle znajdowało się przed wejściem do „Latarni Wagabundy”. Z uśmiechem na twarzy przywitali nas organizatorzy biegu, dostaliśmy pakiet startowy w postaci worków na przepaki i mapy Bieszczad oraz numery startowe. Od tej chwili byliśmy częścią tej sielanki, również przeglądaliśmy mapę, rozmawialiśmy i spoglądali na współtowarzyszy jutrzejszych zmagań. Wieczorem wzięliśmy udział w uczcie makaronowej, przygotowanej w kuchni Latarni i pomknęliśmy do Komańczy, aby spokojnie nawadniać organizm i czekać na naszych kolegów z drużyny.
Na godzinę 21-szą organizator zapowiedział odprawę drużyn startujących w IV Biegu Rzeźnika. Organizatorzy biegu, Jarek i Mirek Bieneccy, dużo mówili o bezpieczeństwie podczas biegu, tłumaczyli tym, co pierwszy raz startują, dlaczego tak ważne jest, aby żaden z zawodników nie został sam na trasie, przypominali, że taka postawa skutkuje natychmiastową dyskwalifikacją drużyny. Istotną informacją było to, że będą kłopoty z wodą na trasie, że będzie można dostać jej do woli dopiero drugim przepaku (na 32 km) w Cisnej. Wobec tego postanowiliśmy biec już od startu z kamelbakami – plecakami, w których znajdowały się bukłaki z wodą, aby nie znaleźć się bez wody na trasie biegu. Patrząc teraz na to posunięcie, myślę, że można było pobiec pierwsze etapy tylko z bidonami. Po odprawie zostało nam tylko szybkie dotarcie do Komańczy, byliśmy już w komplecie, teraz musieliśmy jak najszybciej ustalić, co i jak w sprawie, przepaków – mieliśmy trochę kabanosów, ja miałem hermetycznie pakowane salami (produkt wędliniarski z dużą ilością tłuszczu, mało przydatnego w długotrwałych wysiłkach, jednak bardzo smakowitego po przebiegnięciu pięćdziesięciu kilometrów, bo to jest taka chwila, kiedy masz już dość żelków energetycznych i izotoników a masz ochotę na coś „konkretnego”). Po przyjeździe do naszego lokum zapanował chaos, trzy drużyny, przygotowywały swoje rzeczy na IV przepaki. Około godziny 24 „kupa” zielonych worków leżała koło lodówki czekając na godzinę 3:00, wtedy to worki miały wylądować u organizatora w wozach udających się w miejsca kontrolne biegu. Grubo po 24 wszyscy byliśmy w łóżkach i próbowaliśmy zmrużyć oczy przed biegiem, niestety jak to bywa przed takim biegiem, trudno jest o sen.
O godzinie 2:30 wszyscy nasi zawodnicy byli już na nogach, ubieraliśmy się, żartowali i ostatni raz sprawdzali czy wszystko gra. Po wyjściu na zewnątrz budynku. Widzieliśmy niewielkie grupki biegaczy, zespół bębniarzy rozpakowywał sprzęt bębniący. Po chwili pojawiły się autobusy z Woli Michowej a z nich wylały się rzesze, biegaczy. Lada moment mieliśmy wszyscy stanąć na starcie IV Biegu Rzeźnika.
W bojowych nastrojach oczekiwaliśmy startu przed kościółkiem w Komańczy. Niektórzy z biegaczy rozgrzewali się, inni masowali nogi. Zazwyczaj przed startem panuje nerwowa atmosfera, każdy z nas wiedział, że czeka go ciężki dzień. W głowach kłębiły się myśli - jak to będzie, czy damy rady, czy zdrowo i cało dotrzemy do mety w Ustrzykach Górnych.
Kiedy stanęliśmy na linii startu była jeszcze kompletna noc, jedynie na wschodzie na linii horyzontu niebo było nieco jaśniejsze. Wszyscy byliśmy jak konie w boksie przygotowane do biegu. Sygnałem do startu IV Biegu Rzeźnika był hejnał, a właściwie jego zakończenie, odegrany przez Wojtka - właściciela Latarni Wagabundy.
O 3:30 wszyscy już byliśmy w biegu. Pierwsze kilometry prowadzą asfaltową drogą do Duszatyna gdzie kiedyś władza ludowa Akcją Wisła, zrobiła porządek z Duszatynem i jej ludnością wywożąc wszystkich na zachód.
Ten odcinek trasy biegliśmy w czołówce. Cztery ekipy: „Byledobiec Anin”, „Ultra Habys Lotos Jasło”, „Pershing Beskidy” i jeszcze jakaś jedna. Udało nam się zrobić niezłą przewagę nad „peletonem”, nie widzieliśmy nikogo za nami ani nie słyszeliśmy nikogo. Wszyscy gdzieś zniknęli. Przypomniałem sobie bieg zeszłego roku, padał deszcz, a ja walczyłem z pasem biodrowym, który był za luźny i kręcił się wokół mojego pasa. Tym razem było super nic mi nie przeszkadzało, dopisywał niezły nastrój a i tempo biegu wydawało mi się jakieś wolne. No i oczywiście jeszcze coś: miałem suche stopy!
W Duszatynie skręciliśmy na czerwony szlak, który od tego momentu szedł lasem, drogą, którą zwozi się drzewo. Ciągle biegliśmy w cztery zespoły, ostatni jednak nieco pozostawał w tyle. Po przebiegnięciu lilku kilometrów wykruszyły się dwa zespoły z naszej czołówki. Teraz na prowadzeniu pozostali „Byledobiec Anin” i my – „Habys Jasło”. We czwórke dotarliśmy w rejon jeziorek Duszatyńskich, później minęliśmy Rezerwat Zwięzło, na przemian prowadząc lub będąc prowadzonym po bieszczadzkim czerwonym szlaku. Na podejściu pod Hryszczatą pojawiły się poranne, czerwone promienie słońca. Czułem, że jestem w najwspanialszym miejscu na ziemi. Do ciemnego, bukowego lasu powoli wlewał się poranek. A my stanowiliśmy nierozłączną część tego wydarzenia, które dla Bieszczadzkiego lasu było czymś normalnym, codziennym. Normalni ludzie jeszcze o tej porze śpią a my gnamy po krzakach ciesząc się przyrodą, słońcem i wiatrem. Zastanawiam się, co nas czeka na połoninach. Myślę też o tym, co się dzieje za nami, jak przebiega rywalizacja, jak się mają Piotrek i Irek, Andrzej i Artur. Sam nie wiem, kiedy dobiegliśmy do Przełęczy Żebrak, gdzie był pierwszy punkt kontrolny. Wpadając na drogę gdzie stały samochody organizatorów narobiliśmy niezłego zamieszania, nikt nie spodziewał się, że pierwsze drużyny dotrą do tego miejsca w tak krótkim czasie.
Chłopaki z Anina zmieniali koszulki, a my nie chcąc tracić czasu, złapaliśmy owoce, poprawiliśmy sznurowadła w butach i ruszyliśmy dalej.
Teraz czekało na nas 14,5 km etapu z Przełęczy Żebrak do Cisnej. Biegliśmy na prowadzeniu z dobrym samopoczuciem. Niestety gdzieś pomiędzy Jawornem a Wołosaniem dopadła nas ekipa „Byledobiec”, wyprzedzili nas i początkowo biegliśmy razem, ale od Wołosania przyspieszyli, a że byli mocniejsi na zbiegach odskoczyli nam tak, że straciliśmy ich z oczu.
Do Cisnej pozostał nam tylko jeden zbieg, ostry zjazd pod linami wyciągu narciarskiego na górze Berest, następnie długa prosta prawie do centrum Cisnej, gdzie ulokowany był drugi przepak. Mieliśmy w nogach ponad 32 km. Gdy wyruszaliśmy z przepaku z napełnionymi do pełna camelbakami mieliśmy 2 minuty straty do prowadzących.
Przebiegliśmy przez centrum Cisnej i znowu znaleźliśmy się w lesie.
Teraz dopiero zaczynał się prawdziwy rzeźnik Długie podejście pod Małe Jasło, gdy za sobą ma się 35 km biegu potrafi dobrze dać w kość. To tutaj dopada mnie po raz pierwszy kryzys. Gdy się biegnie maraton, po około 30 kilometrze biegu organizm zaczyna zmieniać paliwo, z którego pozyskuje energie do dalszego wysiłku, organizm wykorzystał już cały glikogen zmagazynowany w wątrobie i zaczyna spalać tłuszcze. To zwykle jest bolesny moment biegu, bo ciało mówi „dość biegania”, od tego momentu zaczynamy biegać charakterem i siłą woli. Co jakiś czas połykamy żel energetyczny zawierający sporą dawkę węglowodanów, to cudo potrafi naprawdę dodać sił. Jednak najbardziej mobilizuje widok uciekającego lub doganiającego cię rywala. Na tym etapie biegu nikt nas nie doganiał, nie widzieliśmy też biegnących przed nami biegaczy. Byliśmy na długim podejściu zupełnie sami. W Ciszy mijaliśmy Małe Jasło, później Jasło, gdzie słońce dawało już całkiem nieźle o sobie znać, co jakiś czas mijaliśmy zdziwionych nami turystów. W miejscach gdzie był odsłonięty widnokrąg ukazywała nam się panorama Bieszczad, spoglądaliśmy razem z Łukaszem w kierunku połonin, zewsząd dobiegał do naszych uszu brzęk owadów. Gdy po drodze pojawiało się jakieś wzniesienie zawsze mieliśmy nadzieję, że to ostatnie w tym etapie. Po drodze mijaliśmy ciche groby nieznanych żołnierzy, którym przyszło pozostać na wieki wśród tej przyrody. Co jakiś czas oglądaliśmy się za siebie czy nie ściga nas jakiś zespół. Byliśmy zupełnie sami. Gdy dotarliśmy do Fereczatej, pozostało nam zbiec do kolejnego przepaku w Smerku.
Na trzecim przepaku czekało na nas miłe przyjęcie. Przygotowano bułki, i napoje. Nas jednak najbardziej interesowały zapasy z worków przygotowanych nocą w naszym lokum w Komańczy. Przyszła pora na zmianę skarpet i ocenę stanu stóp. Moje wyglądały całkiem nieźle jak na ponad pięćdziesiąt kilometrów biegu. Zapytaliśmy o naszych rywali. Mieli ponad 25 minut przewagi. To bardzo dużo, ale do odrobienia na takim odcinku drogi.
Przyszedł czas, aby pożegnać miłe towarzystwo z przepaku w Smerku i napierać dalej. Biegliśmy kilka kilometrów asfaltem do mostu gdzie jest bramka do BPNu . Na tym odcinku nogi nieco odpoczęły od nierówności, jakie były na zbiegach i podbiegach czerwonego szlaku w górach. Mijamy mostek i wskakujemy na kolejne podeście. Stromizna jest jeszcze większa niż pod Małe Jasło. Podejście pod Smerek to kolejny etap gdzie trzeba maszerować „głową”, bo nogi już nie bardzo mogą. Wspieramy się na duchu z Łukaszem, do mety od tego miejsca jest jakieś dwadzieścia kilometrów, śmieszna odległość po prostym, a bardzo długa na podejściu pod Smerek, Po drodze rozmawiamy o mojej pracy, o jego szkole, o rodzinie. Mówimy o wszystkim, aby choć na moment zapomnieć o podejściu pod tą cholerną górę. W końcu doszliśmy do momentu gdzie przed nami jak okręt wyrasta szczyt Smerka. Smerek został zdobyty. Zatrzymaliśmy się na moment, aby zobaczyć panoramę naszych kochanych Bieszczadów. Gdy zapanowała taka beztroska chwila i na moment zapomnieliśmy o ściganiu, Łukasz gdzieś w dole wypatrzył ścigający nas zespół. Od tego momentu skończyły się opowiadanki, nic tak nie dodaje skrzydeł jak doganiający cię przeciwnik. Ruszyliśmy ostro po Przełęczy Orłowicza, gnając jakbyśmy dopiero zaczęli nasz bieszczadzki wyścig. Co jakiś czas zmęczone stopy lądowały niefortunnie na sterczących kamieniach i wykrzywiając się sprawiały ból. Nic to nie znaczyło w obliczu zbliżającego się pościgu. Bieg przez połoninę wetlińską to wspaniałe przeżycie. Przed naszymi oczami rozpościerał się widok na połoninę i wąską nitkę, po której zmierzaliśmy do celu. W oddali groźnie wyglądała Połonina Caryńska. W chwili, kiedy dopadliśmy linii drzew obejrzeliśmy się do tyłu. Po ścigających nie było ani śladu.
Dla innych być może byłby to sygnał do odpoczynku a dla nas motywacja do dalszego napierania w kierunku Chatki Puchatka. Wkrótce dopadliśmy tę oazę spokoju, nasz widok – gnających na „złamanie karku” biegaczy rzeźnika ożywił nieco zebranych turystów opalających się na tarasie schroniska. W maju, gdy biegliśmy treningowo dwa etapy z Cisnej do Berehów Górnych, „Chatka Puchatka” wyrosła przed nami niespodziewanie z mgły i deszczu niczym stary opuszczony dom gdzieś nad morzem norweskim, do tego ten przeraźliwie mocny wiatr niczym sztorm wywiewał nam ziemie spod stóp. Każdy nasz krok był okupiony bólem, a wyziębione organizmy domagały się ciepłej herbaty. Tym razem pogoda była jak „dzwon” i temperatura dużo wyższa. Na podejściu pod Smerek a później podczas ucieczki przez Przełęcz Orłowicza i połoninę wzrosło zapotrzebowanie organizmu na płyny, skutkiem, czego zabrakło mi wody w bukłaku niesionym na plecach. Szczęście, że mój kompan z zespołu miał nieco mniejsze zapotrzebowanie na płyny, więc od pewnego momentu biegliśmy na jego zapasach izotonika, co jakiś czas dodając do naszego menu żel energetyczny. Gdy Połonina Wetlińska została za nami przed nami było jeszcze dotarcie do 66,3 km trasy – ostatniego przepaku – Berehy Górne. Końcówka czwartego etapu dobrze dała biegaczom „w kość”, zmęczone nogi, zakwaszone mięśnie, zbieganie po schodach jest na tym etapie biegu bardzo trudne, łatwo o poślizg, do tego ból mięśni czworogłowych. Byliśmy druga ekipą tegorocznego biegu rzeźnika, która pokonywała ten odcinek trasy, nie miało to jednak najmniejszego znaczenia nogi na zbiegach tak samo bolą pierwszych jak i ostatnich zawodników. Na zejściu do ostatniego przepaku, trzeba było uważać dodatkowo na turystów, którzy masowo postanowili zwiedzać połoniny.
Na przepaku w Berehach Górnych czekała nas niespodzianka. Okazało się, że dopadliśmy zespół prowadzący - „Byledobiec Anin”. Chłopaki szybciutko opuścili ten punkt żywienia i w asyście swojej klubowej koleżanki pomaszerowali w kierunku ostatniego podejścia w Biegu Rzeźnika. W Berehach zabraliśmy kolejne litry wody z naszych zapasów przepakowych, wypiliśmy po puszce coli i ruszyliśmy walczyć na ostatnim etapie trasy. Na podejściu pod Caryńską było znacznie gorzej niż pod Małe Jasło i Smerek. Podejście to, któryś z biegaczy wcześniejszych edycji biegu nazwał „wzgórzem rozdartych serc” i miał reację. Mijaliśmy chmary turystów, co rusz któryś z nich pytał, co i jak, skąd i dokąd i za ile. Niebiegającym trudno jest wytłumaczyć, że robimy to dla przyjemności, satysfakcji z kolejnego złamania bariery, walki ze swoimi ułomnościami. Powodów, aby wystartować w tym ultramaratonie jest tyle ilu jest zawodników, wszyscy jednak mają coś wspólnego – łączy nas miłość do biegania. Aby wystartować w imprezie tego typu trzeba mieć wybiegane dużo kilometrów na treningach niezależnie od pogody i pory roku. To całoroczne trenowanie, bieganie, siłownia, rower basen, sprawił, że byliśmy w tym miejscu i napieraliśmy dalej, gdyby nie to wszystko razem wzięte nie dotarlibyśmy nawet do drugiego przepaku na 32 km w Cisnej. Tak, więc mijaliśmy turystów, odpowiadaliśmy lub nie na ich pytania i uśmiechaliśmy się, choć nie zawsze było nam do śmiechu i jak lokomotywa ciągnęliśmy pod tą pierońską górę wypatrując tych, którzy przed nami uciekali. Gdy dotarliśmy na nieosłonięte tereny Połoniny Caryńskiej widzieliśmy jak drużyna „Byledobiec” parła do przodu, odległość między nimi a nami była zbyt duża by nawiązać walkę na ostatnich kilometrach trasy. I wtedy zobaczyliśmy, że ścigają nas zawodnicy „Pershing Beskidy”. Naszym celem stała się ucieczka i obrona drugiego miejsca. Gdy znaleźliśmy się na zejściu do Ustrzyk Górnych, wiedzieliśmy, że wkrótce będziemy na mecie.
Linię mety przekroczyliśmy po 9 godzinach 18 minutach i 35 sekundach od chwili startu w Komańczy. Pokonaliśmy przeszło 75 km w terenie górskim gdzie suma przewyższeń zbliżona jest 6500 m. Na trasie walczyliśmy ze swoimi fizycznymi i psychicznymi słabościami. W chwili, gdy przekraczaliśmy linie mety na trasie pozostawało jeszcze przeszło 130 zawodników w tym dwie nasze drużyny Habys.
Trudno opisać, co czuje człowiek na linii mety ultramaratonu. Ból miesza się z radością ukończenia biegu. Satysfakcja z dobrego miejsca pomieszana z niedosytem czy nie można było jeszcze lepiej.
W tym biegu już nie. To już jest historia. Czas pokaże jak będzie w następnym roku.
Andrzej i Artur pokonali rzeźnika w 11 godzin i 2 sekundy zajmując 7 miejsce w kategorii generalnej.
Piotrek i Irek: 13 godzin 30 minut i 12 sekund, zajęli 19 miejsce.
W tegorocznej edycji Biegu wystartowało 139 osób podzielonych na 69 drużyn. Do mety dotarło 121 zawodników (54 pełne drużyny i 13 zawodników, którzy stracili po drodze partnerów). 18 zawodników nie ukończyło biegu, z czego jeden został zwieziony przez GOPR). 4 pierwsze druzyny pobiły zeszłoroczny rekord trasy należący do Zbigniewa Zawadzaka i Krzysztofa Protasa (9.55.36). Najszybsi, Robert i Aleks Celińscy z Byledobiec Anin przybiegli do Ustrzyk po 9 godzinach! Ciężko będzie pobić ten rekord!
Wojciech Walaszczyk
Głównymi sponsorami biegaczy są:
Patronat medialny: www.jaslo4u.pl


