Kupujący koty z hodowli rasy maine coon w Jaśle przyznali, że zwierzęta mają problemy behawioralne i zdrowotne
W Sądzie Rejonowym w Jaśle na rozprawę stawili się kolejni świadkowie, w tym osoby, które kupiły koty rasy maine coon w hodowli prowadzonej przez Małgorzatę oraz jej córkę Aleksandrę Sz. Przyznali przed sądem, że niektóre z ich kotów są lękliwe i przestraszone, a także będą musiały być leczone do końca swojego życia.

W środę w Sądzie Rejonowym w Jaśle odbyło się kolejne przesłuchanie świadków. Wśród nich na rozprawę stawili się ci, którzy mieli sposobność kupić koty z hodowli rasy maine coon prowadzonej w Jaśle. Były to osoby m.in. z Jasła, Krakowa czy z Warszawy. Sędzia Małgorzata Janczura odczytała fragment zeznań złożonych na policji przez jednego ze świadków.
„Sprzedający nie chcieli pokazać w jakich warunkach przetrzymywane są koty, natomiast ja wszedłem do domu, aby skorzystać z ubikacji i zauważyłem panujące tam warunki. Określiłbym je jako tragiczne, odchody znajdowały się dosłownie wszędzie począwszy od parapetów kończąc na wannie. Panował niesamowity odór prowadzący do wymiotów. Później dowiedziałem się, że koty były przetrzymywane w szafkach, regałach meblowych zamkniętych na kłódki. Koty, które kupiłem i te, które zauważyłem były bardzo zaniedbane, a przede wszystkim niedożywione, wychudzone, nosiły ślady zaniedbania, pokryte były ranami.(...)Koty, które kupiłem z żoną były w bardzo złym stanie zdrowotnym, ponadto odmówiono nam udostępnienia historii choroby pod groźbą odebrania ich. Zachowanie kotów po zakupie można określić jako dzikie. Nie dało się do nich podejść. Weterynarz miał problemy, aby wykonać jakiekolwiek zabiegi. Wtedy o pogłaskaniu kota nie było mowy. Koty po zakupie wymagały leczenia weterynaryjnego, przeprowadzono szereg zabiegów np. rezonans, tomografia, trepanacja czaszki, czyszczenie zatok, oprócz standardowych zabiegów w postaci odrobaczania, szczepienia leczenie jednego z kotów będzie trwało dożywotnio. Jego choroba nazywa się: zakażenie zatok pałeczką ropy błękitnej. Ten kot jest w najgorszym stanie. Drugiego udało się wyleczyć, natomiast kot będący na domie tymczasowym dochodzi do siebie, powraca do normalnej wagi” - odczytała sędzia. Świadek podtrzymał swoje zeznania w całości.
Mężczyzna kupił z żoną w tej hodowli dwa koty w różnych odstępach czasu. Jak wspomniał, dowiedział się o niej za pośrednictwem mediów społecznościowych. - Hodowla miała dobrą reklamę chyba na Facebook'u, stąd decyzja o zakupie kotów. Jestem zadowolony, że je mam, ale nie spodziewałem się, że będę musiał je leczyć – podkreślił. - Lekarz weterynarii, do którego się zwróciłem z prośbą o pomoc przy chorych kotach powiedział mi, że wszystkie problemy wynikają z niedożywienia i warunków w jakich były przetrzymywane. Jednego kota udało się wyleczyć w przeciągu 4 miesięcy, drugi będzie leczony do końca życia. Jeżeli chodzi o koszty leczenia kota, którego będziemy leczyć dożywotnio wydaliśmy już na leczenie około 8-9 tys. zł. Koszt leczenia drugiego nie generował takich kosztów i wyniósł ok. 2 tys. zł – dodał.
Oskarżone zastraszały pozwem i policją
Drugi ze świadków kupił kota od oskarżonych w 2019 r. Razem z narzeczoną zdecydowali się na trzyletnią kotkę. Zwierzę od samego początku przejawiało dziwne zachowanie. Sądzili jednak, że to kwestia aklimatyzacji. Kocica jest lękliwa, a przez pierwsze trzy miesiące chowała się za szafką kuchenną. Jak przyznał, do chwili obecnej źle znosi sytuacje stresowe. W dniu zakupu koty były im pokazane w jednym z pomieszczeń w domu. Warunki w nim panujące określił jako dobre niemniej w całym domu wyczuwalny był fetor kociego moczu. Jak zaznaczył świadek, z wszystkich kotów, które zostały im pokazane tylko ten, którego wybrali był przestraszony, unikał kontaktu z człowiekiem. Za drugim razem, kiedy zamierzali kupić jeszcze jednego kota, zwierzęta znajdowały się w wolierze na zewnątrz budynku. Mimo to, nie zdecydowali się na żadnego a potem kontakt z właścicielką hodowli się urwał. - Przy drugim spotkaniu kot był schowany w wolierze, my staliśmy jakieś cztery metry od kota. Na pewno mieliśmy wątpliwości, jeśli chodzi o stan oczu. Wyglądało to na jakieś zapalenie. Ale tak naprawdę z takiej odległości coś więcej trudno było stwierdzić.
Świadek zeznał również, że narzeczona natknęła się na ogłoszenia zamieszczane przez właścicieli hodowli w mediach społecznościowych. Zwróciła wówczas uwagę na wygląd kotów, które nie prezentowały się najlepiej i wyglądały na chore. - W komentarzach zadaliśmy pytanie, czy aby na pewno jest w porządku z kotami, bo nie wyglądają na zdrowie z powodu zaropień przy oczach, katar itp. Na nasze komentarze nie było odpowiedzi, wręcz usuwano je. Otrzymywaliśmy wiadomości, abyśmy nie zamieszczali komentarzy i nie psuli reputacji hodowli – tłumaczył świadek, mieszkaniec Jasła. Co więcej, jego narzeczona otrzymywała wiadomości w godzinach nocnych. Opowiedział również sytuację, kiedy Małgorzata i Aleksandra Sz. przyjechały wzburzone do jego domu i chciały rozmawiać z narzeczoną. - Powiedziałem, że, aktualnie już ze mną nie mieszka, bo nie byliśmy razem. Chciały, abym jej przekazał, żeby nie niszczyła dobrego imienia hodowli, a jeśli nie zaprzestanie tych działań to będzie złożony pozew i zgłoszą sprawę na policję. Joanna jest właścicielem, ale kot jest ze mną. W podtekście rozmowy zrozumiałem, że kot zostanie mi zabrany – wyjaśnił. Obrońca oskarżonych pytał, czy po trzech miesiącach od nabycia kota były wysyłane do hodowli jego zdjęcia z dopiskiem, że jest „przytulasty i miziasty”. - Narzeczona na pewno wysyłała zdjęcia, czy pisała, że jest przytulasty i miziasty nie wiem, należałoby spytać ją jak ona to interpretuje – odpowiedział.
Zdaniem weterynarza kota wysterylizował „rzeźnik”
Trzeci świadek, który zeznawał w środę w sądzie również kupił kota w hodowli kotów rasy maine coon w Jaśle. Miało to miejsce w 2016 r. Odebrane z hodowli zwierzę było po sterylizacji. - Po jakimś czasie okazało się, że kot ma w brzuchu guzki, zrosty i leczący go weterynarz zalecił wykonanie operacji. Po zabiegu stwierdził, że to efekt źle przeprowadzonej sterylizacji, bo jak się wyraził zrobił ją chyba „rzeźnik” - mówił. Gdy w mediach społecznościowych zamieścił niepochlebny wpis o hodowli, otrzymał telefon od właścicielek, które groziły mu konsekwencjami w postaci wniesionego pozwu. - Kot był wycofany. Dopiero po dwóch, trzech latach stał się bardziej ufny, kiedy zmieniliśmy mieszkanie. Wcześniej był lękliwy, akceptował tylko mieszkańców i nie chciał dać się dotknąć – dodał świadek. Potwierdził, że oprócz źle wykonanej sterylizacji na czworonogu nie ciążą żadne inne choroby.
Nie wiedziała, że kupiła kota chorego
Zupełnie odmienną sytuację przedstawiła kobieta z Warszawy, która kupiła kota pochodzącego z hodowli oskarżonych, niemniej rozmowy na temat nabycia zwierzęcia prowadziła z lekarką weterynarii w Jaśle. Na pytanie z jakiej hodowli jest kot potwierdziła, że z prowadzonej przez panie Sz. Kota odebrała w Radomiu, od syna lekarki. - Kot był spokojny, gdyż otrzymał tabletkę na uspokojenie. Dostałam również inne leki bez informacji o ich działaniu. Gdy przyjechałam do domu okazało się, że nie jest zdrowy. Widać było, że ma koci katar, lało mu się z oczu. Bardzo się tym zdenerwowałam, bo weterynarz wiedziała, że mam w domu innego kota, a mimo to nie powiedziała, że kot jest chory – mówiła kobieta. Jak potwierdziła, nie udało się go wyleczyć i tak naprawdę do końca życia będzie leczony. Co więcej, mimo wprowadzonej izolacji z drugim kotem – dachowcem został on zarażony. Gdy dowiedziałam się, z której hodowli pochodzi postanowiła poinformować właścicieli o jego stanie zdrowia.
Kot był z hodowli. Sprzedawała go lekarz weterynarii
Aleksandra Sz. poinformowała mnie, że to nie hodowla sprzedawała kota tylko pani (nazwisko lek. wet.), która przejęła od nich koty w zamian za jakieś rozliczenia. Stwierdziła również, że gdyby hodowla sprzedawała zwierzę, to sytuacja wyglądałaby inaczej - zeznała. - Kot wymaga leczenia. Przede wszystkim nie osiągnął wagi jakie osiągają koty tej rasy. Pomimo żywienia go najlepszymi pokarmami kot nie waży nawet 5 kg – poinformowała sąd. Dodała także, że kotka zachowuje się dziwnie, rzuca się na jedzenie drugiego kota, jest agresywna i zazdrosna, po czym podchodzi do swojej miski i nie zjada wszystkiego do końca. Kobieta zastanawiała się, czy kotka wcześniej nie musiała walczyć o jedzenie i to jest efektem jej zachowania. Sama sytuacja kupna zwierzęcia od lekarza weterynarii, która nabyła koty w ramach jakiś rozliczeń z hodowlą wzbudziły u świadka pewne podejrzenia i obawy. Było to dla niej kompletnie niezrozumiałe, szczególnie, że na umowie przedwstępnej widniało nazwisko lekarki, a przy odbiorze kota otrzymała ostateczną umowę, na której znajdowało się nazwisko Małgorzaty Sz., natomiast na dokumencie nie było nazwy hodowli. Lekarka weterynarii zaproponowała świadkowi, aby przywiozła kota na leczenie, ale straciła zaufanie do tej osoby i nie zdecydowała się na ten krok. Nie chciała również go oddawać, ponieważ bardzo długo na niego czekała, pokochała go. Ponadto nie zamierzała narażać zwierzę na dodatkowy stres związany z transportem.
Tak naprawdę kobieta uznała, że lekarka współpracuje z hodowlą, jest jej współwłaścicielką. Lekarze weterynarii, z którymi się konsultowała i badali kotkę uznali, że stan zdrowia zwierzęcia mógł być wynikiem warunków w jakich była trzymana, a także nieodpowiedniego żywienia. - Gdy pokazywałam lekarzom zalecenia dotyczące karmienia mojej kotki, które otrzymałam od ( nazwisko lek. wet.) to oni twierdzili, że skoro w taki sposób była żywiona to nie ma żadnej gwarancji, że była prawidłowo leczona – podkreśliła mieszkanka stolicy. Na Facebook'u została utworzona grupa, na której wymieniano się doświadczeniami i opiniami na temat kotów rasy maine coon i nie tylko. Z rozmów z członkami okazało się, że więcej osób było zastraszanych przez oskarżone w związku z umieszczaniem w Internecie niekorzystnych wpisów na temat hodowli oraz ich kotów na innych forach. Świadek był tą osobą, która złożyła skargę na hodowlę z Jasła do klubu, do którego należy, aby właściciele ponieśli konsekwencje. - Chodziło mi o to, aby hodowla nie sprzedawała chorych kotów, bo dla mnie (nazwisko lek. wet.) i hodowla ( nazwa) to jedno – powiedział świadek.
Sędzia Małgorzata Janczura przesłuchała w tym dniu jeszcze kilku świadków. Na rozprawę nie stawiły się jeszcze dwie osoby, które zostaną wezwane na kolejne posiedzenie sądu.
id

