Mateusz Sypień z Jasła zdobył Mont Blanc!
We wtorek 9 lipca o godzinie 9:45 Mateusz Sypień z Jasła dotarł na najwyższy szczyt w Europie. Razem ze znajomymi, którzy tak jak on kochają górskie wędrówki – postanowił sprawdzić się, tym razem w Alpach. Dzięki dobremu przygotowaniu dotarł na Mont Blanc. - Gdy udało nam się zdobyć szczyt towarzyszyła nam ogromna radość, bo każdy z nas planował to od dawna – podkreśla jaślanin.

Mateusza znamy już z wcześniejszych wędrówek. Góry fascynowały go od dziecka. W swoim dotychczasowym życiu zawsze znalazł się na którymś ze szlaków. Najpierw chodził po Beskidzie Niskim, później na jego trasie znalazły się Tatry Wysokie. W 2021 r. zdobył tytuł Zdobywcy Korony Gór Polski. Tym razem za cel obrał sobie najwyższy szczyt w Europie - Mont Blanc. Już w styczniu rozpoczęły się przygotowania do wyprawy i omawianie szczegółów z pasjonatami górskich wędrówek. Wiele z tych osób podjęło się tego wyzwania po raz pierwszy. Tak było w przypadku Mateusza. Wspólnie zadecydowali, że wyruszą w lipcu.

- Postanowiliśmy poczekać na otwarcie rezerwacji schronisk na drodze klasycznej do Mont Blanc. W pierwszej turze, po czterech godzinach, wszystkie terminy na lipiec i sierpień były już zajęte, ale nam się udało. Przedyskutowaliśmy jeszcze szczegółowo plan oraz potrzebny sprzęt. Zaczęliśmy się przygotowywać fizycznie do tej wyprawy. Gdy nadszedł dzień wyjazdu, punktem startowym były Katowice. Wyruszyliśmy 6 lipca o 5 rano. Do Chamonix dotarliśmy o 23. Następnego dnia poszliśmy na kolejkę "Tramway du Mont- Blanc". Początkowo pogoda była deszczowa, ale im bardziej nabieraliśmy wysokości, tym więcej słońca a mniej chmur. Na tym odcinku mieliśmy sposobność zobaczyć kilka kozic – mówi Mateusz Sypień.

Po zimnej nocy w schronisku Tete Rousse, przeszli trudny odcinek do przejścia Kuluar Rolling Stones, Żleb Śmierci. - Trawersując zbocze spadały kamienie. Jeden z kolegów dostał odłamkiem w kask, a obok drugiego przeleciał metrowy odłamek skalny. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ściana pionowa i przewyższenie 600 metrów dało o sobie znać po dotarciu do drugiego schroniska Gouter. Niektórych bolała głowa, a wszyscy na pewno czuli zmęczenie – dodaje Mateusz.

O godzinie trzeciej rano rozpoczęli atak szczytowy. Jeden z uczestników wyprawy musiał zrezygnować po pół godziny. Brakowało mu sił, miał ciężki oddech. - To jest przykład tego, jak ważna jest aklimatyzacja w górach na takiej wysokości. Dzięki dobremu przygotowaniu nie odczułem zmęczenia przy wchodzeniu na szczyt. W połowie drogi zrobiliśmy krótki odpoczynek w Schronie Vallot. Seraki, liczne szczeliny na lodowcu to coś, czego na co dzień w górach nie spotykam, dlatego tym bardziej było co podziwiać. Nie spieszyliśmy się – podkreśla M. Sypień.

Gdy doszli na szczyt Mont Blanc spełniły się ich marzenia. Jeden z towarzyszy Mateusza próbował swoich sił już trzy lata temu. Wówczas nie udało mu się dojść na szczyt. Niewiele mu brakowało. Zaledwie 400 metrów, jednak warunki pogodowe zmusiły go do powrotu. Tym razem szczęśliwie dotarli do celu. Po zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć szybko zakładali rękawice. - Było tylko minus 10 stopni Celsjusza, ale przez wiatr odczuwalna temperatura była znacznie niższa. Szkoda, że nie mogliśmy zostać trochę dłużej. Przy schodzeniu zaczęliśmy już odczuwać zmęczenie – opowiada jaślanin. - Po dotarciu do schroniska pojawiło się więcej chmur. Tym większe było nasze zadowolenie, że udało się wejść na szczyt z tak dobrą widocznością – dodaje.

Powrót nie był łatwy. Załamanie pogody dawało się im we znaki, kiedy przechodzili przez Kuluar w śniegu i deszczu. Na szczęście tego dnia nie spadały żadne kamienie. Po dotarciu do hostelu docenili bieżącą wodę, której nie było w schroniskach. Na koniec zjedli zasłużoną pizzę, gdyż przez trzy dni żywili się liofilizatami.

- Decydując się jeszcze raz na zdobycie Mont Blanc zabrałby ze sobą cieplejsze buty. Nie polecam jednak wyjścia osobie bez doświadczenia w chodzeniu zimą w rakach, z czekanem bez dobrej wydolności fizycznej. Na wysokość, każdy reaguje inaczej. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować partnerom wyprawy, dzięki którym łatwiej było wszystko zorganizować. Są nimi Miasto Jasło oraz Dom Urody w Kołaczycach - zaznacza.
id

