RZGW: przedstawiamy sytuację jaka realnie zaistniała w czasie powodzi
Wnioski RZGW były jednoznaczne: to nie Klimkówka zalała Jasło.
RZGW: Zapora nie uległa uszkodzeniu
- Przerażające są informacje, które do mnie dochodzą, jakoby w czasie powodzi zbiornik w Klimkówce uległ pęknięciu czy przerwaniu. Mówiono nawet, że helikoptery zrzucały worki z piaskiem aby zatamować dziury, które się pojawiły. – mówił Krzysztof Kondziołka, kierownik Ośrodka Koordynacyjno-Informacyjnego Ochrony Przeciwpowodziowej przy Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej w Krakowie.
- Zapora posiada dwa miejsca, którymi wypuszcza się wodę. Spusty denne, przeprowadzające wodę dołem, i przelew powierzchniowy. Tym przelewem przelewa się woda, jak gdyby przez zaporę, ale w miejscu gdzie jest to technicznie przewidziane, jest to zjawisko normalne. – tłumaczył Kondziołka, podejrzewając, iż to właśnie woda płynąca przelewem powierzchniowym zapoczątkowała plotki o uszkodzeniu zapory. - Mamy zaporę, która jest we właściwym stanie technicznym, a przelanie się wody przelewem jest normalnym zjawiskiem.
RZGW: Cel istnienia zapory: ścięcie najwyższej wartości dopływu, a nie pochwycenie całej fali
Kondziołka wyjaśniał też, jaka jest rola zbiornika retencyjnego, gdy idzie o przeciwdziałanie powodzi. - Zbiorników nigdy nie projektuje się tak, aby chwycić całą falę powodziową, w przypadku Klimkówki musiałyby on mieć wówczas pojemność kilkuset milionów metrów sześciennych. Zadaniem zbiornika jest ścięcie najwyższej wartości dopływu. W przypadku pierwszej fali ta redukcja została sprowadzona ze 150 metrów sześciennych na sekundę do 70 metrów sześciennych na sekundę, w przypadku drugiej fali z 450 do 284 metrów sześciennych na sekundę.
- Zbiornik retencyjny jest zbiornikiem wielofunkcyjnym. Ma rezerwę powodziową, opisaną w gospodarce wodnej tego zbiornika. Standardowa rezerwa dla okresu występowania „opadów świętojańskich” wynosi 8 mln metrów sześciennych. – dodawał Kondziołka.
RZGW: Prognozy były uspokajające, mimo to zwiększyliśmy rezerwę
Kierownik wskazywał również, iż przed powodzią nie sygnalizowano możliwości jej wystąpienia w takiej olbrzymiej skali - Zwracam uwagę, że przed wystąpieniem powodzi nie było konferencji prasowej ani jakiegokolwiek wystąpienia w środkach masowego przekazu, które sygnalizowałoby, że będziemy mieć powtórkę z 1997 roku. Konferencji prasowych było mnóstwo, ale już w czasie gdy powódź wystąpiła.
Również prognozy, zdaniem Kondziołki były w miarę uspokajające - Ja otrzymuję codziennie o 8.00 prognozę opadu od Instytutu Meteorologii. Mimo, że przed powodzią (14.05) otrzymaliśmy uspokajającą prognozę poprosiłem swojego dyżurnego, aby zwrócił się do Biura Prognoz IMGW o realną ocenę zjawiska. Dopiero na tą reakcje otrzymaliśmy prognozę, która mówiła, że w ciągu najbliższych dni może spaść około 100 mm deszczu w Małopolsce.
- Instytut podaje prognozy opadów w taki sposób, że dla obszaru zlewni informuje, że średnio spadnie np. od 50 do 80 mm, a lokalnie 150 mm. Są to prognozy z gatunku zawsze się sprawdzających. Bo jeśli nie podaje się precyzyjnie miejsca i mówimy o przedziałach, to trudno w sposób odpowiedzialny wyrobić sobie zdanie na temat tego co się zdarzy.
- Gdy idzie o realne opady, to podczas pierwszej fali powodziowej, punktowo występowały już opady o skali opadu jednoprocentowego tj. zdarzającego się raz na sto lat.
- Przed pierwszą falą przeszliśmy w procedurę zwiększania rezerwy powodziowej, w prawie wodnym jest taka możliwość. – dodawał Kondziołka - Mimo, że wszystkie zbiorniki retencyjne miały rezerwy wymagane instrukcjami, lub nawet większe, to w przypadku 4 zbiorników, w tym Klimkówki, wydano decyzje o zrzucie wody większym niż wymagany, i przygotowaniu dodatkowej rezerwy. Zrzutem 15 metrów sześciennych na sekundę zostało wygospodarowane około miliona dodatkowej rezerwy na zbiorniku.
Kondziołka zaznaczał, że po pierwszej fali powodziowi rezerwę powodziową nie tylko odtworzono , ale zwiększono. - 24 maja została wydana decyzja o odtworzeniu rezerwy, ale nie do wielkości 8 mln metrów sześciennych lecz do 10 milionów. Procedura wydania takiego dokumentu przewiduje to, że musimy decyzję uzgodnić z wojewodą. Wojewoda ma 6 godzin na odniesienie się do tej propozycji, jeśli nie odniesie się negatywnie decyzja zaczyna obowiązywać.
RZGW: do ostatniej chwili puszczaliśmy mniej, niż zezwalały przepisy
- Między 1. a 3. czerwca wystąpiło kolejne wezbranie na Klimkówce, o wartościach średnich dopływu do zbiornika rzędu 95 metrów sześciennych na sekundę (w nocy z pierwszego na drugiego czerwca). W nocy z 3. na 4. czerwca dopływy wzrosły do prawie 100 metrów sześciennych na sekundę i o 02.00 4. czerwca osiągnęły wartość ok. 190 metrów sześciennych na sekundę. W tym okresie odpływy wynosiły od 25 metrów sześciennych na sekundę do 35 metrów sześciennych na sekundę. – mówił kierownik.
Przyczyną stosunkowo niewielkiego spuszczania wody były prośby władz miejscowości położonych poniżej zbiornika - W tej sprawie mieliśmy telefony m. in. od burmistrza Gorlic oraz Centrum zarządzania Kryzysowego w Gorlicach, aby minimalizować zrzuty ze zbiornika bo Gorlice „pływają”. Służby wiedzą o tym, że możemy puścić wodę wysokości 70 metrów na sekundę. Była jednak prośba żeby tego nie robić z uwagi na zaistniałą sytuację, dlatego do ostatniej chwili utrzymywaliśmy przepływ wielkości 25 a chwilowo 35 metrów sześciennych.
W sytuacji gdy dopływ jest pomiędzy 70 a 200 metrów, i gdy jesteśmy w rezerwie powodziowej, powinniśmy zrzucać 70 metrów sześciennych na sekundę. W dokumentacji widać, że potwierdza się to, o czym mówiłem, że u nas te zrzuty wynosiły 25 i chwilowo 35 metrów. – podkreślał Kondziołka W tym miejscu należy nadmienić, iż po pierwszej fali zastępca prezesa krajowego zarządu gospodarki wodnej p. Wiśniewski wydał polecenie o tym, aby przy pracy zbiorników retencyjnych nie trzymać się sztywno zasad określonych w instrukcji, tylko analizować sytuację poniżej zbiornika w celu minimalizowania – za pomocą małych odpływów – strat – wyjaśniał Kondziołka.
RZGW: zbiornik otrzymał dopływ wody zagrażający jego funkcjonowaniu
Kondziołka zaznaczał, że realnie zarejestrowane opady były wyższe od prognozowanych - Opady zarejestrowane na posterunkach opadowych w zlewni pokazują, że prognozowane wartości były niższe od występujących. Zarówno w przypadku pierwszej jak i drugiej fali powodzi mieliśmy opady jednoprocentowe.
Kierownik zwracał też uwagę, że zbiornik działał w warunkach bardzo niekorzystnych - Maksymalny dopływ do zbiornika podczas drugiej fali wynosił 450 metrów sześciennych na sekundę. Jest to tzw. przepływ kontrolny, a wiec taki na który się projektuje zbiornik przewidując najbardziej niekorzystną sytuację w jakiej może się on pracować. Czyli do tego zbiornika dopływał pewien przepływ teoretyczny. To jest już granica bezpieczeństwa zbiornika, taki przepływ może nieść zagrożenie dla funkcjonowania zbiornika. Przepływ ten został zredukowany do 284 metrów sześciennych na sekundę: 120 metrów upustem dolnym, 160 przelewem powierzchniowym, i 4 metry zrzutem przez elektrownie.
RZWG: fałszowanie dokumentów nie jest możliwe
Kondziołka odniósł się również do podejrzeń o fałszowanie dokumentów, polegające na podawaniu nieprawdziwych danych dotyczących ilości spuszczanej wody. - Informacja o działaniu zapory jest zapisywana w kilku miejscach. Po pierwsze operator zbiornika ma swój dziennik, w którym zapisuje dopływającą wielkość wody, oraz zapisuje ile wody wypuszcza. Ta informacja co trzy godziny lub częściej jest przekazywana do mojego ośrodka, gdzie jest pokazywana na zewnątrz, na stronie internetowej ośrodka. Co trzy godziny pojawia się komunikat. Jest tam też historia informacji. Jeśli już „powiesimy” informację to jest ona rejestrowana przez odbiorców i jej zmiana byłaby zauważalna – mówił kierownik - My również prowadzimy książkę gdzie zapisujemy wszystkie dyspozycje realizowane na zbiornikach. W związku z tym możliwości mataczenia czy oszukiwania nie ma.
RZGW: Jasło zalała fala powstała w wyniku opadów w całej zlewni, a nie Klimkówka
- Zbiornik Klimkówka nie jest w stanie uchronić przed powodzią występującą na wszystkich dopływach i na rzece, która te dopływy zbiera. Jest w stanie ściąć falę powodziową płynącą powyżej zbiornika. W przypadku drugiej fali dopływało do nas 450 metrów sześciennych, zbiornik wypuścił 284 metry, ale na to nałożyły się dopływy poniżej.
- W Topolinach mieliśmy maksymalny przepływ 858 metrów sześcienne na sekundę, a sama fala powodziowa przemieszcza się do tego wodowskazu od 15 do 20 godzin. W tym czasie (po 15 godzinach) przepływ rejestrowany na wodowskazie wyniósł 550 metrów sześciennych na sekundę. W tym momencie można mówić, że ma w nim udział woda z Klimkówki, i wpływa na to co się dzieje w Jaśle. Jasło zalała fala powodziowa z wszystkich dopływów poniżej Klimkówki, która wystąpiła wcześniej. My zwlekaliśmy maksymalnie, nie zrzucając 70 tylko 25 metrów sześciennych i przenieśliśmy w czasie zrzut maksymalny. On się przesunął tak, że nie miał istotnego znaczenia dla zalania Jasła.
- Gdyby opad był wyłącznie w zlewni Klimkówki, wówczas można by powiedzieć, że Klimkówka zalała Jasło. Ale w tym przypadku Jasło zalały wody z gigantycznych opadów w całej zlewni.
- Absolutne maksimum dla Topolin to 625 metrów sześciennych na sekundę i odnotowano je 4 czerwca 2006 roku. 4 czerwca 2010 roku najwyższa wartość wynosi 693 metrów sześciennych na sekundę. To jest najwyższa odnotowana sytuacja na tym wodowskazie, podczas kilkudziesięciu lat obserwacji. - mówił Kondziołka.
- Zbiornik zamyka powierzchnie 210 kilometrów kwadratowych, a w Topolinach jest to 970 kilometrów kwadratowych. Widzimy, że trzykrotnie przyrasta nam powierzchnia zlewni, więc zakładając że wszędzie „pada równo” mamy wpływ na 1/4 opadów. Zbiornik zrobił co mógł, wypełnił się całkowicie i nie miał więcej możliwości ścięcia fali. - dodawał dyrektor RZGW w Krakowie, Jerzy Grela.
Wnioski RZGW: Zbiornik tylko podtrzymał schyłkową falę
Na zakończenie prezentacji Kondziołka przedstawił wnioski, jakie zdaniem RZGW płyną z analizy sytuacji podczas powodzi - Na zbiorniku nie wystąpiła żadna awaria. Zbiornik zarówno w przypadku majowej jak i czerwcowej fali powodziowej posiadał rezerwy wymagane instrukcją, dodatkowo powiększone. Pierwsza fala powodziowa została zredukowana o około 70% druga o ok. 40 %. Zbiornik w przypadku fali czerwcowej nie spowodował maksymalnych zalewów w Gorlicach i Jaśle. Zostały one zalane falą powodziową, ukształtowaną w korycie rzeki Ropy poniżej zbiornika. Zrzut wody w kontekście wartości przepływów kulminacyjnych nie mógł mieć istotnego wpływu na zniszczenia poniżej Jasła. Zrzutem maksymalnym wysokości 284 metry sześcienne na sekundę podtrzymaliśmy schyłkową część fali powodziowej, która już przez miasto przeszła. – mówił Kierownik.
- Do kierownika zbiornika można mieć pretensje jeśli przestraszy się prognozy i odprowadzi ze zbiornika większy odpływ niż później się zrealizuje w praktyce – bo wtedy zrobił falę na dole. Po drugie, można mieć pretensje, jeżeli tak sterował zbiornikiem, że wypełnił go do pełna zanim nadeszła kulminacja, czyli w momencie przepływu stracił zdolność sterowania. Po trzecie – jeżeli po zakończeniu powodzi zbiornik zostanie w jakiejś części pusty, czyli zostawi rezerwę powodziową. W tym przypadku żaden z tych wypadków nie nastąpił. – Podsumowywał Grela.
RZGW: Oceniamy tę falę na co najmniej dwustuletnią; mogło być gorzej
- Oceniamy falę powodziowa na falę co najmniej dwustuletnią – podkreślał skalę zdarzenia Jerzy Grela, zaznaczając, iż mieliśmy, mimo wszystko, do czynienia z sytuacją korzystną. - Opady postępowały z północy na południe, czyli najpierw lało u Państwa a dopiero potem na dopływach bocznych, i następnie na Klimkówce. Stąd najpierw powstała duża kulminacja na Ropie i dopływach poniżej zbiornika, a dopiero w późniejszym terminie fala na dopływie do Klimkówki.
- Sytuacja odwrotna doprowadziłaby do nałożenia się na siebie tych fal i wtedy mielimy do czynienia z katastrofą niewyobrażalną. – zwracał uwagę dyrektor.
Kamil Sokołowski
sokolowski@jaslo4u.pl
