Trzcinicoki docenione przez ministra
- To mercedes wśród samochodów – tak o nagrodzie imienia Oskara Kolberga mówi Stanisław Marszałek, szef Trzcinicoków. To najwyższe wyróżnienie dla kapel ludowych otrzymali początkiem października tego roku podczas uroczystej gali w Teatrze Wielkim w Warszawie.

Kapela, która istnieje od 15 lat zdobyła najwyższe uznanie w oczach samego ministra kultury i sztuki Bogdana Zdrojewskiego. Przyznana nagroda zobowiązuje, ale i motywuje do jeszcze większej pracy. Wyróżnia się nią wybitne indywidualności w dziedzinie twórczości artystycznej: sztuk plastycznych, śpiewu i tańca, literatury ludowej oraz muzyki instrumentalnej. Nagroda im. Oskara Kolberga przyznawana jest również zespołom folklorystycznym, a także osobom wyróżniającym się w dziedzinie badawczej, dokumentacyjnej, animacji i upowszechnianiu kultury ludowej. Trzcinicoki otrzymały ją za całokształt działalności artystycznej oraz rozpowszechnianie i wykonywanie muzyki ludowej. - Ta nagroda zobowiązuje i teraz szczególnie muszę dbać o tradycję, bo nie darmo nad naszą pracą pochylili się profesorowie. Kiedy zobaczyłem tytuły naukowe, to ścięło mnie z nóg, że ktoś taki pochyla się nad pracą moich kolegów. Nawet dla tej chwili warto było żyć. Teraz oczy są szczególnie na mnie zwrócone. A każdy koncert musi być dokładnie przemyślany, odpowiednio zagrany, a melodie starannie dobrane – mówi wzruszony Stanisław Marszałek.

W grudniowe popołudnie...
spotkaliśmy się w starym kościele w Trzcinicy i rozmawialiśmy na temat programu obchodów 600-lecia wsi i parafii. Zastanawialiśmy się jak uświetnić program artystyczny i wówczas obecny proboszcz podszedł do mnie i powiedział, aby z naszych muzykantów wiejskich stworzyć jakąś kapelę. I chyba tego mi brakowało – zaczyna swoją opowieść Marszałek, któremu muzyka zawsze była bliska. Grając na weselach doskonale poznał wszystkie ludowe przyśpiewki i tak naprawdę - jak sam mówi – czekał tylko na „kopa”. Po tym spotkaniu zaproponował swoim kolegom, grającym, tak jak on na weselach i tak powstał trzon kapeli, składający się głównie z mieszkańców Trzcinicy.

Debiut
Pierwszy występ dali już po dwóch miesiącach. - To było na Doroty. Myśleliśmy wówczas, że to był nasz pierwszy i ostatni występ. Ludziom jednak się spodobał i władzom gminy też. Usłyszeliśmy wówczas, że fajnie to robimy, że to coś nowego w terenie, tym bardziej, że wszystkie zakłady, przy których działają kapele ludowe upadają – wspomina kierownik.
Tak zachęceni zaczęli jeździć na konkursy i przeglądy, skąd przywozili nagrody, co zmotywowało ich do większej pracy. - Zaczęło się poszukiwanie coraz lepszych muzykantów i dziś mamy najlepszych z całego powiatu jasielskiego – mówi z dumą Stanisław Marszałek.
Trudne początki
Kiedy zaczynał pracę z kapelą miał tylko pomysł, ale nie wiedział jak go zrealizować. Jednak dzięki pozostałym członkom zespołu udało się znaleźć właściwy kierunek. - Jestem ogromnie wdzięczny, że jak ojcowie wzięli mnie za rękę i cały czas mówili, że głośno wcale nie znaczy dobrze. Dzięki temu dzisiaj mogę odróżnić dobrą muzykę od złej. Czasami mnie denerwuje, gdy ktoś muzykę ludową próbuje grać w taki sposób, że ją zniekształca – podkreśla pan Stanisław.
Zaczynali bez własnych strojów i instrumentów, w momencie, kiedy inne kapele się rozwiązywały. Trzcinicoki jednak na przekór wszystkiemu szli do przodu, bo wierzyli, że im się uda. - Ja bardzo chciałem, żeby coś po nas zostało na tym terenie, żeby tę muzykę zachować. I to chyba sprawiło, że do dzisiaj istniejemy – dodaje szef Trzcinicoków.
Bez pieniędzy ani rusz
Ale ich działalność nie byłaby możliwa, gdyby nie pomoc finansowa jedynego sponsora. - Gdyby nie Urząd Gminy w Jaśle, który nas od początku przyjął, to nie wiem jakby dzisiaj było z kapelą. To chyba też dzięki temu istniejemy. Dzisiaj bez pieniędzy ani rusz. Wszystko wokół tego się obraca. Wyjazdy, instrumenty, stroje - to wszystko się niszczy, bo jak się ma w ciągu roku ponad 50 koncertów, to i koszule się niszczą i instrumenty – mówi Stanisław Marszałek.
Chwile zwątpienia
- Czasem myślałem: „po co mi to?„ ,ale tylko przez moment. Potem gdzieś to odpływało i chciało się to robić dalej. To jest ogromna radość, kiedy się gra dla ludzi, szczególnie starszego pokolenia. Kiedyś po koncercie w Tarnowie podeszła do mnie starsza pani i mówi mi, że chciała mi podziękować. Ja zaskoczony pytam: „za co?” A ona mi na to: „przez chwilę przywróciliście mi moją młodość”. Jeśli komuś się sprawi radość, to warto żyć i warto to dla nich robić – twierdzi kierownik.
Przełom
W 2007 roku, podczas 41. Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą zespół otrzymał Basztę Kazimierzowską. To jedna z bardziej znaczących nagród, jakie może otrzymać kapela ludowa. - Kiedy wygraliśmy „Basztę” to wtedy poczułem większe zainteresowanie naszą kapelą, więcej osób chciało nas zapraszać na koncerty – wspomina Marszałek.
Na nagrodę pracowali wspólnie
Dziewięcioosobowa grupa muzykantów do sukcesu doszła ciężką praca i wysiłkiem. Ćwiczą obowiązkowo raz w tygodniu, ale czasem - przed jakimś ważniejszym wydarzeniem - spotykają się nawet trzykrotnie. Atmosfera w zespole, wspólne zrozumienie, a przede wszystkim ciężka praca zaowocowały sukcesem. - Chciałbym, żeby to tak trwało. Bo skoro zdobyliśmy pewne osiągnięcia, to jest to jakieś zobowiązanie, że dalej trzeba to podtrzymywać i dążyć w tym wybranym kierunku – mówi Damian Pis, związany z kapelą od 7 lat. Dla niego gra z Trzcinicokami to przeskok z zupełnie innego świata muzyki. - Wychowałem się na zespołach punkowych i metalowych i zawsze grałem taką muzykę. Pierwszy raz z muzyką ludową zetknąłem się, kiedy zostałem poproszony do zagrania w kapeli ludowej w Szebniach. To było jakieś 9-10 lat temu. Przeskok był ogromny, bo na początku nie było to proste. Ale krok po kroku ćwiczyłem w domu i nabierałem wprawy, również bycia z zespołem. Po dwóch latach gry w Szebniach poszedłem do Pogórzan w Jaśle, a pół roku trafiłem do Trzcinicoków – wspomina Damian. To wtedy też pojawiły się pierwsze sukcesy. - Ja też się do tego przyczyniłem, bo jak przyszedłem tu grać 7 lat temu, to wtedy też zaczęły się nasze największe osiągnięcia – mówi z dumą Damian.

Podkreśla jednak, że na sukces składa się praca całego zespołu. - Zawdzięczamy go ciężkiej pracy na próbach. Bardzo dużo energii dodają też koncerty, bo kiedy człowiek staje przed ludźmi i wychodzi grać, to robi to na 100%. – twierdzi Pis.
- Ta nagroda jest uwieńczeniem całej pracy po tylu latach w kapeli. Uważam, że nasza muzyka jest bardzo żywa, a przede wszystkim gramy muzykę z tego terenu – mówi Andrzej Jędryczka, cymbalista, który od 12 współpracuje z zespołem. Od 15 roku życia grał na weselach, jednak na prośbę pana Stanisława postanowił spróbować swoich sił w kapeli ludowej. - Przyszedłem i zostałem. Spodobał mi się instrument, byłem ciekawy jak się na nim gra i wziąłem go do domu i rozszyfrowałem jego strój – opowiada Jędryczka.

Ewa Faryj, jedyna kobieta w zespole jest z wykształcenia muzykiem klasycznym. Do kapeli dołączyła 3 lata temu. Bardzo chwali sobie współpracę w męskim gronie, bo jak sama przyznaje to bardzo zgrana grupa.- Oni są dla mnie jak rodzina, wspólnie się dogadujemy. Jest wesoło, ciekawie, przyjemnie, to takie odstresowanie się od szarości dnia – mówi pani Ewa.

Trudno jednak grać jej na sekundzie ze słuchu, kiedy do tej pory czytała z nut. Andrzej Jędryczka dodaje, że tak naprawdę niewielu z nich zna nuty. Bo dawniej na weselach było tak, że ktoś coś zaśpiewał i trzeba było umieć zagrać. Poza tym tę muzykę trzeba czuć. - Jeżeli jest się tylko nutowcem, to naprawdę ciężko wejść w coś takiego. Początkowo bardzo się obawiałam jak usłyszałam kapelę. Wydawało mi się, że sobie nie poradzę, bo technicznie byli bardzo dobrzy. Ja ich cały czas słucham i cały czas się uczę – przyznaje Ewa Faryj.

Tylko nasza muzyka
Trzcinicoki grają tylko muzykę naszego regionu, na instrumentach dla niego charakterystycznych. A są to: skrzypce, basy, cymbały, klarnet oraz trąbka, która pojawiła się u nas dzięki mocnym wpływom od Gorlic. Często spotykanym u nas instrumentem jest także akordeon, mimo, że nie należy do kategorii instrumentów ludowych.

Trzcinicoki grają spontanicznie, ale w tej muzyce jest tradycja i szacunek do człowieka, czyli to czego dziś brakuje w muzyce współczesnej.
I kto tu rządzi?
W kapeli jest jeden kierownik – Stanisław Marszałek. To on podejmuje ostateczne decyzje co do działalności zespołu. Nie oznacza to jednak, że jest szefem- dyktatorem, choć czasem zdarza mu się krzyknąć. - Rządzi kierownik kapeli, czasem krzyknie, czasem użyje trochę mocniejszych słów. To taki kierownik, który dba o wszystkie szczegóły, detale, od ubioru po muzykę – opowiada Damian Pis.
W zespole panuje rodzinna atmosfera. Wszyscy ze sobą rozmawiają, radzą się jeden drugiego, ale nikt się nie wyłamie. - Nieraz jest burza mózgów, bo każdy ma swoje zdanie, swój punkt widzenia i chciałby to zrobić po swojemu. Ale radzimy się, rozmawiamy ze sobą. Jeżeli jest taka liczna grupa ludzi, to ciężko wyskoczyć ze swoim zdaniem i trzeba się liczyć ze zdaniem każdego członka zespołu, bo jeśli się wyłamie jeden element to czegoś będzie brakowało – podkreśla Damian.

Festiwal Folkloru Karpat
Pan Stanisław jest także pomysłodawcą Festiwalu Folkloru Karpat, organizowanego od 7 lat w Trzcinicy. W założeniu Festiwal ma na celu ocalenie i podtrzymywanie zanikających tradycji ludowych takich jak: rzemiosło, sztuka ludowa, kuchnia regionalna, stroje i muzyka karpacka. Ale okazuje się, że zmierza to w kierunku innym, niż było pierwotnie zakładane. - Troszkę się martwię, bo Festiwal ucieka mi nie w tym kierunku, jaki zamierzałem. Chciałem, żeby trwał 3 dni, żeby tu były warsztaty, żeby młodzi ludzie mogli się tu spotkać, pokazać ginące zawody. Obawiam się o Festiwal, żeby nie został spłycony, bo kiedy wymyślaliśmy nazwę myśleliśmy o zupełnie innej imprezie – martwi się Stanisław Marszałek
Jego marzeniem jest stworzenie szkółki muzykowania ludowego. - Chciałbym, żeby kiedyś starych muzykantów zastąpili młodzi, bo jak starsi odejdą to nawet polki nie będzie miał kto zagrać – dodaje na zakończenie pan Stanisław.

Katarzyna Pacwa-Wilk
k.pacwa@jaslo4u.pl
