„Cele są po to, żeby je realizować”. Grzegorz Janusz dołączył do sędziowskiej elity w Polsce
Pasja do sportu, a siatkówki w szczególności, zaprowadziła Grzegorza Janusza na sam szczyt kariery sędziego. Jaślanin dołączył do wąskiego grona arbitrów nominowanych do sędziowania spotkań PlusLigi mężczyzn w sezonie 2022/23. Pierwszy poważny sprawdzian czeka go już 1 października, kiedy to dane mu będzie sędziować spotkanie Asseco Resovii Rzeszów z Projektem Warszawa. W rozmowie z naszą redakcją Grzegorz Janusz opowiedział między innymi o tym, jak rozpoczęła się jego przygoda ze sportem.

Grzegorz Janusz przed meczem siatkarskiej TauronLigi kobiet
M.D.: Sport jest niezwykle ważną częścią Pana życia. Kiedy i w jakich okolicznościach zaczęła się ta przygoda?
Grzegorz Janusz: Wszystko zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej. Byłem uczniem Szkoły Podstawowej nr 4 w Jaśle, która ma olbrzymie tradycje sportowe. „Czwórka” generalnie stała sportem. Liczyła się w rywalizacji w piłce ręcznej, siatkówce, piłce nożnej i koszykówce, zarówno na szczeblu województwa, jak też w Polsce. Co więcej, w szkole pracował wówczas mój tato Jerzy, trener siatkówki. Można powiedzieć, że byłem skazany na sport. Tato zabierał mnie oraz braci Tomka i Arka na obozy siatkarskie. Nie ukrywam jednak, że bardziej leżała mi piłka nożna. Z uwagi na poważną kontuzję, której doznałem mając osiemnaście lat, musiałem zapomnieć o uprawianiu tej dyscypliny sportu. Występowałem w zespołach Czarnych Jasło i ZKS Nafta Jasło. Konsekwencją urazu, o którym wspomniałem było to, że zacząłem zadawać sobie pytanie, co dalej?
MD.: Ostatecznie postanowił Pan pozostać przy sporcie, lecz w zupełnie nowej roli. Jak wyglądały początki Pana kariery sędziowskiej?
Grzegorz Janusz: Koniecznie chciałem pozostać przy sporcie. Początkowo nie wiedziałem, jaką ścieżkę obrać. Brat próbował swoich sił w trenowaniu. Ja postawiłem na coś zgoła innego. Podjąłem decyzję o rozpoczęciu kursu sędziowskiego. Nie ukrywam, że namówił mnie do tego mój tato. Kurs sędziowski zrobiłem w 2001 roku. Zaczęło się od sędziowania lig młodzieżowych. W tym czasie studiowałem też na Uniwersytecie Rzeszowskim. Cztery lata później Marek Bajorek, sędzia siatkarski i człowiek mocno związany ze środowiskiem siatkarskim w Jaśle i województwie podkarpackim wytypował mnie jako kandydata na kurs na szczeblu centralnym. Odbył się on w Warszawie. Sędzia, który zaliczy ten kurs może otrzymać nominację do sędziowania siatkówki na poziomie drugiej ligi. Wtedy zaczęła się już poważniejsza przygoda z sędziowaniem.
M.D.: W kolejnych latach konsekwentnie piął się Pan po szczeblach kariery sędziowskiej. Każdy sędzia, który marzy o pracy na najwyższym poziomie musi przejść tę samą drogę?
Grzegorz Janusz: W 2008 roku awansowałem do pierwszej ligi mężczyzn i kobiet, a więc na zaplecze najwyższych klas rozgrywkowych. Do ówczesnej OrlenLigi trafiłem w 2014 roku. W tym okresie udało mi się nawet posędziować finał tych rozgrywek. Pamiętam, że był to mecz pomiędzy Grotem Budowlani Łódź a Chemikiem Police. Sędziowałem też finał Pucharu Polski w Zielonej Górze. W tym roku awansowałem do PlusLigi mężczyzn. Osiągnąłem tym samym swój najwyższy cel, bowiem sędzią międzynarodowym można zostać do 41 roku życia. Ja przeszedłem raczej standardową drogę, która czeka każdego sędziego aspirującego do sędziowania na najwyższym poziomie w Polsce. Wiele zależy nie tylko od formy, lecz również od szczęścia, które w pracy sędziego jest niezwykle ważne. Czasem podjęcie dwóch błędnych decyzji w meczu może zburzyć ogólne, dobre wyobrażenie o pracy danego sędziego. Może być też tak, że cały sezon jest dla sędziego słabszy. Ogólna ocena naszej pracy jest wieloskładnikowa. Oceny wystawiają nam kwalifikatorzy, komisarze, Polsat Sport, kluby i wydział sędziowski. Tych ocen jest sporo. Trzeba się naprawdę starać, żeby na koniec uplasować się w tabeli na jak najwyższej pozycji. W tym roku, do grona sędziów PlusLigi awansowałem z drugiego miejsca. Liczy ono łącznie 26 arbitrów.

M.D.: Kilka sezonów spędził Pan na sędziowaniu najwyższej klasy rozgrywkowej kobiecej piłki siatkowej. Czy Pana zdaniem zaprocentuje to lepszym przygotowaniem do sędziowania PlusLigi?
Grzegorz Janusz: Choć są to na pewno dwa różne światy, to doświadczenie zdobyte podczas sędziowania kobiecej siatkówki, bardzo pomoże mi w udźwignięciu wyzwania, jakiemu muszę sprostać. Doświadczenie, którego nabrałem w żeńskiej lidze, w tym oswojenie się z siatkówką na najwyższym poziomie bardzo mi pomaga. Zobaczymy jak to będzie. Współczesna siatkówka jest bardzo szybka. Z każdym kolejny sezonem zwiększa się presja ze strony kibiców, klubów i zawodników. Uważam, że tych siedem lat zaprocentuje w najbliższych miesiącach.
M.D.: Wielu sportowców, uprawiających przeróżne dyscypliny, często mówi wprost o swoich sportowych idolach, ludziach, którzy stanowią dla nich wzór do naśladowania. W przypadku sędziowskiego rzemiosła też tak bywa?
Grzegorz Janusz: Jak najbardziej. Samodzielnie trudno byłoby mi znaleźć się w tym miejscu. Kurs w 2001 roku robiłem pod okiem sędziego Piotra Dudka, arbitra międzynarodowego, który sędziował na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku, mistrzostwach świata w 2014 roku, turnieje Ligi Światowej oraz spotkania Ligi Mistrzów. Później to właśnie on wraz z Robertem Dworakiem przygotowywali mnie i innych sędziów siatkówki do kursu na szczebel centralny. Bardzo dużo nam pomogli. To bardzo ważne, aby wsłuchiwać się w rady starszych kolegów. Każdy sędzia, który celuje wyżej musi czerpać z wiedzy bardziej doświadczonych arbitrów. Do tego grona zaliczyłbym sędziów Piotra Dudka, Roberta Dworaka, Mariusza Gadzine, Marka Litwińskiego i wielu innych, których spotkałem na swojej drodze. Za wszystko bardzo im dziękuję.
M.D.: Czy w Pana ocenie sędziować siatkówkę może każdy? A może potrzebne są do tego specjalne predyspozycje?
Grzegorz Janusz: Przede wszystkim potrzebna jest ciężka praca i pokora, bez której ani rusz. Na pewno trzeba być bardzo odpornym na stres. Kibic widzi teraz wszystko w telewizji. Czasami pół Polski ogląda te najlepsze mecze i my mamy tę świadomość. Stres towarzyszy naszej pracy bez względu, czy jesteśmy na słupku, czy na dole pod siatką. Umiejętność okiełznania stresu jest cechą, którą sędzia siatkarski bezdyskusyjnie musi posiadać. Ten towarzyszy każdemu meczowi, nie tylko spotkaniom o najwyższą stawkę. Do tego dochodzi presja kibiców, zawodników i sztabów szkoleniowych. Nie chodzi przy tym wyłącznie o PlusLigę czy TauronLigę. Niższe ligi również bardzo trudno się sędziuje. Sędzia musi też posiadać bardzo dobry wzrok, szybkość reakcji na wydarzenia boiskowe oraz intuicję. Często w podjęciu decyzji pomagają nam reakcje zawodników drużyn.
M.D.: Czy sędziowie siatkarscy przygotowując się do meczów, przeprowadzają szczegółową analizę gry zespołów, poszczególnych zawodników, jak ma to miejsce w przypadku sędziów piłkarskich?
Grzegorz Janusz: Zasadniczo nie analizujemy specjalnie zespołów. Kluczowa jest koncentracja. Już w drodze na mecz staramy się uzyskać pewien stopień skupienia. Rozmawiamy wtedy o zespołach, zawodnikach bądź zawodniczkach. Zazwyczaj jesteśmy na hali około dwóch godzin przed rozpoczęciem zawodów. Mamy więc czas na wyciszenie się, czy też wymianę poglądów. Warto dodać, że jeżeli na meczu jest kwalifikator, którego zadaniem jest ocena naszej pracy, często pomaga nam on dzieląc się z nami swoimi uwagami, na co należy zwrócić szczególną uwagę, czy też, jakich elementów musimy uważniej pilnować. Często po meczu też zdarza nam się długo dyskutować. Czasami wracamy do domów mając do pokonania nawet kilkaset kilometrów. Analizujemy nasze błędy i dobre decyzje. Wyciągamy wnioski zastanawiając się, co można w naszej pracy poprawić. Takie dyskusje mogą trwać nawet do piątej nad ranem. Jeżeli mecz rozgrywany jest na przykład w środę, to na odpoczynek mam tylko chwilę. W szkole czekają już na mnie uczniowie.
M.D.: Sędziowie siatkówki muszą dzielić pasję z pracą w zawodzie. Pan jest nauczycielem wychowania fizycznego. Jak udaje się Panu pogodzić wszystkie obowiązki?
Grzegorz Janusz: Zdarzało się, że prosto z meczu szedłem do pracy w szkole. Przez te wszystkie lata zdołałem wypracować sobie schemat, dzięki któremu nie mam większych problemów z pogodzeniem obowiązków sędziego z pracą. Nie małe zasługi w tym zakresie ma była i obecna dyrekcja, na którą zawsze mogłem liczyć. W pewnym sensie jest to tez duży plus dla samej „Czwórki” i jej wizerunku. W taki sposób mogę się odwdzięczyć. Zresztą, to miłe, kiedy po meczu dostaję sms-y od rodziców uczniów, czy też samych dzieci, które oglądały mecz, w którym sędziowałem. Ma to kapitalne znaczenie dla popularyzacji sportu w ogóle.

Mistrzostwa Polski 2016 w Głuchołazach. Zespół pod wodzą Grzegorza Janusza zdobył 14 miejsce w kraju
M.D.: Praca z dziećmi daje Panu dużą satysfakcję?
Grzegorz Janusz: Praca z dziećmi, w tym również w ramach treningów siatkówki dała nam wszystkim sporo powodów do radości. Udało nam się wywalczyć kilka medali na turniejach rangi wojewódzkiej. Wywalczyliśmy między innymi złoty, srebrny i brązowy medal w mini piłce siatkowej dziewcząt na szczeblu województwa. Z chłopcami sięgnęliśmy z kolei po srebro w mini piłce siatkowej. W dwóch ostatnich latach plany na kolejne sukcesy pokrzyżowała nam pandemia koronawirusa. Dzieciakom trzeba pokazywać, że warto uprawiać sport. Sędziowanie mi w tym pomaga. Procentuje to tym, że mam więcej uczniów na SKS-ie. Do tego mamy w szkole bardzo dobra bazę obiektów sportowych w szkole. Sport w „Czwórce” był, jest i będzie obecny. Sam będąc jej uczniem, z kolegami zdobyliśmy w 1990 roku tytuł mistrza Polski szóstek piłkarskich. Trenowaliśmy pod okiem Ryszarda Tulei. Byłe wtedy uczniem piątej klasy.
M.D.: Bliscy łatwo godzą się z tym, że poświęca Pan mnóstwo czasu na sędziowanie?
Grzegorz Janusz: Muszę im podziękować. Żonie, mamie, teściowej, które bardzo dużo nam pomagają. Mam też dwójkę dzieci. Syn Piotr aktywnie uprawia sport, grając w Akademii Piłkarskiej Czarnych Jasło. Córka jest uczennicą ósmej klasy szkoły podstawowej. Sędziowaniem zajmuję się od ponad dwudziestu lat. Ciągłe wyjazdy w soboty i niedziele oraz w środku tygodnia, siłą rzeczy odbywały i odbywają się kosztem czasu, który mógłbym spędzić z rodziną. Na szczęście moja żona jest bardzo wyrozumiała. Sędziowanie to jednak nie wszystko. Najważniejsza jest rodzina i bliscy. Myślę, że z tym twierdzeniem zgodzi się każdy mój kolega.
M.D.: Wróćmy do siatkówki. Debiut w PlusLidze zbliża się wielkimi krokami. Czy stresuje się Pan meczem, który już za dwa tygodnie rozegrany zostanie w Rzeszowie?
Grzegorz Janusz: Pierwszym meczem, jaki sędziował będę w PlusLidze będzie starcie pomiędzy Asseco Resovią a Projektem Warszawa. Gdybym powiedział, że nie czuję stresu, po prostu skłamałbym. Przed każdym meczem jest stres, mniejszy lub większy. Trzeba umieć sobie z tym radzić. Hala w Rzeszowie zapewne wypełniona będzie po brzegi, to przecież inauguracja sezonu. To duże wyzwanie, ale cele są po to żeby je realizować. Wszystko w naszych głowach i gwizdkach.
Z Grzegorzem Januszem, sędzią PlusLigi mężczyzn rozmawiał Marcin Dziedzic.

