Kaczyński robi krzywdę Zającowi
"Uważam, że poseł z Podkarpacia padł ofiarą politykierskich kalkulacji prezesa PiS."
Rozmowa ze Stefanem Niesiołowskim wicemarszałek Sejmu
- Twierdzi pan, że wystawienie posła Stanisława Zająca w wyborach uzupełniających do Senatu to czyste politykierstwo. Dlaczego?
- Kiedy poseł kandyduje na senatora, z całkowicie niezrozumiałych, irracjonalnych, nieczytelnych powodów to nic innego jak klasyczny przykład politykierstwa. Uważam ze pan Stanisław Zając padł ofiarą właśnie politykierskich kalkulacji Jarosława Kaczyńskiego. To jest pokrętne, niejasne działanie Kaczyńskiego, który robi krzywdę panu Zającowi, zmuszając go do ośmieszania się. Nie znajduje żadnego powodu by tego wszystkiego, co zapowiadał nie mógł realizować będąc posłem tylko senatorem. Poza tym kompetencje i możliwości Senatu powodują ze są to kompetencje niewiarygodne. Dużo więcej możliwości daje mandat poselski. A pan Zając posłem już jest.
- Kampania jest bardzo ostra, napięta, a chodzi o jedno miejsce w Senacie, który PO chce zlikwidować.
- Dopóki Senat istnieje, to nie widzę powodu by oddać to miejsce. Byłaby to dezercja.
- Czy wynik tych wyborów przełoży się na wybory parlamentarne?
- Tego nikt nie wie, w poprzednich wyborach uzupełniających się nie przekładał. Wszystko zależy od wielu okoliczności. Bardzo ważnym czynnikiem jest tu frekwencja. A walka na pewno rozegra się między panem Lewickim a specjalistą od grillowania (Stanisławem Zającem – dop.red.)
- A co z zapowiadaną likwidacją Senatu?
- Postulaty Platformy są takie: zapytanie społeczeństwa, referendum na temat drugiej izby, okręgi jednomandatowe, zniesienie immunitetu, partie niefinansowane z budżetu państwa. W tej chwili jesteśmy w stanie zrealizować dwa, zniesienie immunitetu, które właściwie już się stało, a projekt ustawy o niefinansowaniu partii jest już w Sejmie. Okręgi jednomandatowe możemy nieznacznie zrobić w samorządach, bo na tyle mamy zezwolenie koalicjanta. Nie ma zgodny na zmniejszenie liczby posłów i na zniesienie Senatu.
- Zarzuca się Platformie ze nie realizuje obietnic wyborczych.
- Proszę pamiętać ze mamy pewne ograniczenia. Jedne jak wspomniałem, ze strony koalicjanta, ale musimy je szanować bo nasz koalicjant jest bardzo lojalny. To pierwsza koalicja, która tak pracuje. Drugie ograniczenie to veto prezydenta, które jest w każdej ważnej sprawie zapowiadane albo realizowane. To bardzo dokuczliwy hamulec.
- PiS zgłosił wniosek o odwołanie ministra finansów Jacka Rostowskiego. Słuszny?
- Jest to wniosek całkowicie polityczny, bez żadnego uzasadnienia merytorycznego. Twierdzenia jakoby w wyniku tego wniosku mogły zmniejszyć się ceny benzyny, to tak jakby twierdzić, że np gdyby Antoni Macierewicz zjechał do kopalni na dół, to staniałby węgiel. Według naszej analizy na dzień dzisiejszy obniżenie akcyzy zwiększy wyłącznie zyski spółek paliwowych, natomiast nie ma żadnych gwarancji, że przełoży się to na spadek cen benzyny. Natomiast na pewno około 1,5 mld zł nie trafi wtedy pod budżetu państwa. Twierdzenie, że z jakichś niepojętych względów, chyba żeby na złość zrobić ludziom, nie chcemy obniżyć cen paliw jest kłamstwem. To niczym nie poparta podłość, populizm, próba napuszczania ludzi na rząd.
- Dużo zamieszania wywołał także raport Julii Pitery m.in. na temat wykorzystywania służbowych kart kredytowych przez poprzednią ekipę. Jak pan go ocenia?
- Zarzuty, że się czepia rzeczy drobnych, że to jakieś małe pieniądze wydane na kosmetyki, na dorsza, itd. świadczą o niezrozumieniu istoty tego raportu. Ministrowie, urzędnicy wydawali pieniądze podatników na drobne przyjemności. Wykazywali się nieprawdopodobnym skąpstwem, małostkowością, miejscami wręcz głupotą. Urzędnik, który zarabia 6 czy 10 tys. zł nie może kupić ryby za swoje 8 zł, tylko kupuje ją za państwowe pieniądze? Nie uważam, że z tego powodu należy robić jakieś powstanie przeciwko pani Julii Piterze, jakie robi PiS. Należy zwrócić uwagę nie na to, że to były niewielkie kwoty, tylko, że ci ludzie byli wyjątkowo marni, łapczywi, pazerni. To jest tak jakby nauczyciel kredę wynosił ze szkoły, a urzędniczka z biura wynosiła kartki papieru czy ołówki. Nie chodzi o porażającą sumę, tylko o porażającą marność tych ludzi.
- Na obronę pada argument, że oni te wszystkie pieniądze oddali.
- Tak, ale w momencie jak już była kontrola. Przypomina to człowieka, który w tramwaju szuka nerwowo biletu, bo zbliża się kontroler. To trochę inna sytuacja od tej, gdy ktoś skasował bilet wsiadając. No chyba ze ktoś uważa w ogóle, ze jazda na gapę jest przyzwoitą. Kiedyś jak byłem w szkole też tak ukazałem, ale pogląd zmieniłem.
Rozmawiała Ewa Wawro
Więcej: Gazeta Codzienna "Nowiny"

