Krytyka mobilizuje
Mówienie o niskiej frekwencji w warszawskim referendum, a przy tym sukcesie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz jest nie na miejscu. Praktycznie rzecz ujmując frekwencja była wysoka, a porażka prezydentowej miażdżąca. Warszawska lekcja demokracji dużo nam pokazuje.

Referendum, które zainicjowała Warszawska Wspólnota Samorządowa pod wodzą burmistrza Ursynowa Piotra Guziała na początku było inicjatywą czysto obywatelską. Długo to jednak nie trwało, bo politycy największych ugrupowań wywęszyli, że oto w stolicy jest okazja do przeprowadzenia batalii wizerunkowej. Ani Platforma, ani PiS włączając się do politycznej rozgrywki nie zabłysnęli.
Donald Tusk strzelając sobie w kolano zaapelował, aby warszawiacy nie szli do urn. Jeśli demokracja ma być obywatelska, to właśnie jedynie poprzez urnowe spacery. Warszawiacy jednak apelu Tuska nie wysłuchali do końca. Kaczyński sprawę referendum rozegrał w stylu dosyć oryginalnym, ale nieodbiegającym od PiSowskiego języka – naczelnym sloganem była litera „W” kojarząca się warszawiakom do tej pory jedynie z Powstaniem Warszawskim.
Dodatkowo żadna z partii rozgrywających referendum na swoją korzyść nie była w stanie zaproponować dobrej alternatywy dla platformerskiej pani prezydent. Kandydat Gliński występując w mediach obnosił się z krytyką, Ryszard Kalisz brylował w mediach opowiadając więcej o swoim synu niż planach dla stolicy. Wszystkie partie opozycyjnie nastawione do obecnej gospodyni stolicy skupiły się głównie na krytyce i zachęcaniu warszawiaków do udziału w niedzielnym referendum.
Jaki był efekt tej negatywnej kampanii?
W mediach wszyscy szumią o frekwencji poniżej oczekiwań, a ja pytam, na jakiej podstawie mogliśmy oczekiwać wysokiej frekwencji. Wystarczy przypomnieć statystyki z przeprowadzonych do tej pory referendum. Jeśli wziąć na tapetę miasta powyżej 200 tysięcy mieszkańców, to warszawska frekwencja była jak do tej pory najwyższa (najwyższa frekwencja w referendum była w 2005 r. w małej gminie Kowiesy - 36,97%, w miastach nie przekraczała 20-25%). Czy zatem mieszkańcy stolicy posłuchali Tuska nawołującego do zostania w domu? Pewnie tak, ale praktycznie rzecz biorąc to 2 – 3 % uprawionych ten apel wysłuchało.
Chciałbym również zapytać gorących zwolenników pozostającej na stanowisku warszawskiej prezydent dlaczego krzyczą, że oto zwyciężyła bezapelacyjnie. Fakt, oddać jej trzeba, że stanowiska nie utraciła, co jednak w tej sytuacji było najważniejsze. Trzeba jednak praktycznie spojrzeć na wyniki już samego referendum – 92% oddających swój głos było przeciwnych obecnej prezydent Warszawy. To pokazuje dużo, przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi. Mimo tego, jak ostatnio HGW wychodziła do mieszkańców stolicy i jak duże programy udogodnień wprowadziła, to otrzymała ważny sygnał, że warszawscy wyborcy pamiętają jej całe 7 lat kadencji.
Pomijając polityków, którzy włączyli się ze swoimi działaniami w kampanię trzeba zauważyć działanie Państwowej Komisji Wyborczej, która z wynikami czekała prawie dzień po wyborach do południa. Porównując nas do Niemiec, gdzie po 7 godzinach były pełne wyniki wyborów parlamentarnych (44 miliony głosów, w Warszawie 300 tysięcy) musimy zdać sobie sprawę z archaicznego systemu sterującego działaniami tej jednostki państwowej. Można by rzecz, że PKW po raz kolejny nie zdała egzaminu.
Egzaminu nie zdali politycy, media, cała opozycja też nie przygotowała się do tej obywatelskiej lekcji. Społeczność Warszawy też obojętnie przechodziła obok lokali wyborczych. Nasza ponad 20-letnia demokracja potrzebuje wielu jeszcze takich lokalnych wyborów, aby zdać sobie sprawę z tego, że władza obywatelska jest realną siłą.
Grzegorz Michalski

