Ordynacja pro, czy antyobywatelska
Rząd szykuje zmiany w prawie wyborczym. Ordynacja może zostać przez Prawo i Sprawiedliwość znacząco przebudowana. Opozycja grzmi, że władza chce przeprowadzić zamach na samorządy, odbierając lokalnym społecznościom realny wpływ na podejmowanie decyzji. O tym, czy Polsce grozi centralizacja z prof. zw. dr. hab. Andrzejem Piaseckim rozmawia Marcin Dziedzic.

prof. zw. dr hab. Andrzej Piasecki
M.D.: Czy w przyszłym roku w Polsce możemy mieć powtórkę z 1947 r.
Prof. A. Piasecki: Moim zdaniem retoryka, której użył w ubiegłym tygodniu w sejmie Władysław Kosiniak-Kamysz była zdecydowanie przesadzona. Powtórka z wyborów z 1947 r., które zostały przeprowadzone w warunkach braku demokracji oraz suwerenności nam nie grozi. To, że przewodniczący Polskiego Stronnictwa Ludowego wypowiada się w tak drastyczny sposób świadczy o tym, że nowa sytuacja może być niepokojąca dla samej partii, która niewątpliwie straci, jeżeli w życie wejdą nowe przepisy ordynacji wyborczej. Powiem więcej, Polskie Stronnictwo Ludowe może wręcz zniknąć ze sceny politycznej. Realnym staje się, że znajdzie się poza wszelkimi kombinacjami koalicyjnymi. Byłoby to znaczące wydarzenie, bowiem ludowcy od dwudziestu lat obecni są w samorządzie regionalnym i powiatowym. Jest to jednak problem partii. Pytanie, na ile proponowane zmiany mogą okazać się niepokojące dla Polski.
M.D.: Zdaniem polityków PSL zmiany w składzie Państwowej Komisji Wyborczej to prosta droga do upolitycznienia procesu wyborczego. Co może się zmienić, kiedy sędziów zastąpią osoby nominowane przez parlament?
Prof. A. Piasecki: Nadmierne upartyjnienie procesu wyborczego zawsze należy rozpatrywać w kategoriach zjawiska niepożądanego. Wybory rzecz jasna, były, są i będą polityczne. W samorządach jednak, zawsze było wiele miejsca dla organizacji niepartyjnych, lokalnych bądź regionalnych. Analizując projektowane zmiany w ordynacji wyborczej można odnieść wrażenie, że choć nie zostaną one zepchnięte na margines, będą miały utrudniony start. Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Byłbym skłonny podzielić rządowe propozycje na trzy zasadnicze kategorie: najbardziej niepokojące, lekko niepokojące oraz te, które są pożądane.
M.D.: Zacznijmy od tych ostatnich. Paweł Kukiz przy każdej niemal okazji podkreśla, że w Polsce mamy do czynienia z partiokracją. Nie szczędzi ekipie rządzącej krytyki również w kontekście proponowanych zmian w ordynacji wyborczej. Prawo i Sprawiedliwość przekonuje jednak, że proponowane zmiany mają charakter proobywatelski.
Prof. A. Piasecki: Jednym z elementów, który należy traktować jako pozytywny, jest pomysł zaangażowania drugiej komisji. Oczywiście, będzie to rozwiązanie kosztowne. Może również spowodować pewne zamieszanie w procedurze liczenia głosów. Z punktu widzenia obywateli jednak, im więcej ludzi będzie zaangażowanych w bezpośredni proces wyborczy, tym lepiej. Jeżeli dwieście tysięcy osób będzie kandydatami na radnych, a ponad drugie tyle znajdzie się w komisjach, to te kilkaset tysięcy ludzi bezpośrednio zaangażowanych w wybory należy traktować jako zjawisko pozytywne. Osoby te, obeznane z ordynacją z pewnością zachęcą innych, rodziny, znajomych, sąsiadów do głosowania. Zatarciu może ulec podział na „my” - wyborcy i „wy” – komisja oraz władza. To również doskonała szansa dla młodych ludzi, aby mogli poznać procedury związane z przeprowadzaniem wyborów. Proponowane rozwiązanie będzie miało także znaczenie edukacyjne oraz proobywatelskie.
M.D.: W każdej dziedzinie życia punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wprowadzenie zasady kadencyjności na szczeblu samorządowym z pewnością nie spodoba się obecnym wójtom, burmistrzom i prezydentom miast. Jak ocenia Pan ten pomysł?
Prof. A. Piasecki: Dwukadencyjność wójtów to oczywiście dobry pomysł. Należy zaznaczyć, że rozwiązanie to ma poparcie środowiska radnych. Poza samymi wójtami, wielu ludzi związanych z samorządem, eksperci, popierają to założenie. Ja także. Miejmy nadzieję, że wreszcie ktoś to zrobi. Wbrew pozorom swoistego rodzaju „potrząśnięcie” ordynacją, może okazać się dobre. Prawo i Sprawiedliwość cechuje wprowadzanie niemal rewolucyjnych zmian. Czasami takie radykalne zmiany są potrzebne
M.D.: Za rewolucyjną należy uznać propozycję ograniczenia się do jednej tury wyborów w wyborach na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Na usta ciśnie się zarzut, że w tym przypadku PiS zamierza skroić ordynację pod siebie.
Prof. A. Piasecki: Pomysł ograniczenia procesu wyborczego do jednej tylko tury faktycznie jest kontrowersyjny. Pamiętajmy, że niemal nigdzie takiego rozwiązania się nie praktykuje. Polacy przyzwyczaili się do tego, że w wyborach prezydenckich, czy też lokalnych są dwie tury głosowania. Proponowane rozwiązanie służyć ma przede wszystkim temu, aby wyeliminować sytuacje, w których przed głosowaniem w drugiej turze dochodzi do zawiązania koalicji, ,,wszyscy przeciwko PiS’’. Każda partia przygotowuje ordynację pod siebie. PiS nie jest tutaj wyjątkiem. Przypomnę, że już w 2002 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej chciał wprowadzenia głosowania tylko w jednej turze. Wówczas tamę zmianom w prawie wyborczym postawił Aleksander Kwaśniewski. Tym razem rewolucyjnym rozwiązaniom może sprzeciwić się Andrzej Duda. Największe zaniepokojenie jednak budzą propozycje dotyczące komisarzy wyborczych, którzy mają być powoływani ad hoc ze znacznymi kompetencjami w zakresie tworzenia okręgów wyborczych.
M.D.: Paweł Kukiz podczas debaty sejmowej grzmiał z mównicy sejmowej: "JOW-y albo śmierć". Czy jednomandatowe okręgi wyborcze są tego warte? Likwidacja JOW-ów w małych gminach, takich jak Jasło realnie ograniczy, jak przekonuje opozycja wpływ mieszkańców na podejmowane decyzje?
Prof. A. Piasecki: Zamiar wprowadzenia wielomandatowych okręgów wyborczych, przede wszystkim na wsiach jest nie do obrony. To w zasadzie utrudnianie życia małym komitetom wyborczym oraz utrudnianie kandydowania lokalnym działaczom. Teraz mamy do czynienia z czytelną sytuacją, w której dla jednego sołectwa na wsi, czy też osiedla w małym mieście mamy jednego kandydata. Jeżeli będą to dwa sołectwa, w których do obsadzenia będzie pięć mandatów, sam proces wyborczy stanie się mało czytelny. Trudniej będzie robić kampanię. Potrzebne będzie zaangażowanie większej liczby ludzi, pieniędzy. Może okazać się, że lepiej będzie zapisać się czy też związać z partią, która taką kampanię przeprowadzi. Efektem będzie zwiększenie roli partii politycznych w wyborach lokalnych, a co za tym idzie lokalnym życiu społeczno-politycznym. Jednomandatowe Okręgi Wyborcze należy ocenić jako udany eksperyment. Przypomnę, że w 2010 r. PiS sam głosował za obowiązującą obecnie ordynacją wyborczą. Aż się prosi, aby wprowadzić zapis w ustawie utrudniający jej zmianę, tak by wybory według tych samych zasad można przeprowadzić przynajmniej dwa razy. Nie dziwmy się potem, że ludzie nie uczestniczą w wyborach lub duża część oddanych głosów jest nieważna, skoro prawo zmienia się z tak dużą częstotliwością. Przepisy stają się niezrozumiałe dla przeciętnego obywatela.
M.D.: Rząd nie ogranicza się do propozycji dotyczących nowej ordynacji. Chce usprawniać funkcjonowanie samego samorządu, dając Polakom możliwość zgłaszania obywatelskich projektów uchwał. To fasada, czy PiS faktycznie zależy na oddaniu samorządu lokalnej społeczności?
Prof. A. Piasecki: PiS, jako partia konserwatywna jest przeciwny korporacjom. Z punktu widzenia samorządów niewiele dobrego można spodziewać się, więc po partii rządzącej. Świadczą o tym choćby pierwsze jej kroki po objęciu władzy, jak choćby próba przejęcia kontroli nad Regionalnymi Izba Obrachunkowymi i zwiększenie ich uprawnień nadzorczych. Już teraz każda gmina może decydować o tym, że obywatele uzyskają prawo do korzystania z inicjatywy obywatelskiej. Tutaj rewolucji nie ma. Są to fasadowe propozycje, które ma odwrócić uwagę od istoty zmian, którymi są zasady wyboru władz samorządowych.
M.D.: Zmiany przewidują także nową jakość w zakresie jawności obrad rad, poprzez ich transmisję i rejestrację głosowań. Czy to oznacza, że obecnie mamy problem z jawnością poczynań organów władzy uchwałodawczej w gminach i powiatach?
Prof. A. Piasecki: To grupa zmian zasługująca na poparcie. Im więcej jawności, tym więcej uczciwości. Samorządy potrzebują kontroli oraz obecności ze strony obywateli. Często obywatele zderzają się z aparatem administracyjno-urzędniczym w kontekście dostępu do informacji publicznej. Przekonują się o tym regularnie moi studenci, którzy proszeni są o zaświadczenia, kiedy chcą uzyskać np. protokół z posiedzenia rady miejskiej. Wszyscy jednak wiemy, że jest to dokument jawny. Reglamentowanie dostępu do informacji w urzędach jest wciąż powszechne. Rejestracja obrad rady i pełna jawność, prawie ekshibicjonizm są pożądane.
***
Andrzej Piasecki - prof. zw. dr hab., dyrektor Instytutu Prawa Administracji i Ekonomii na Wydziale Politologii Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Wykładowca na jasielskim Wydziale Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi. Zajmuje się m.in. najnowszą historią polityczną Polski, samorządem terytorialnym, administracją publiczną, polityką regionalną, komunikacją społeczną, zarządzaniem i organizacją, systemem wyborczym, marketingiem politycznym. Jest autorem kilkudziesięciu publikacji naukowych, w tym książek: "Referenda w III RP" Warszawa 2005, "Menadżer i polityk – wójt, burmistrz, prezydent miasta" Kraków 2006; "Samorząd terytorialny i wspólnoty lokalne" Warszawa 2009; "Wybory w Polsce 1989-2011" Kraków 2012. Wypromował kilkuset magistrów i kilkunastu doktorów.

