Pieszo pokonali ponad 2 tysiące kilometrów
Dla przeciętnego zjadacza chleba pokonanie pieszo dystansu ponad 2 tysięcy kilometrów wydaje się absolutną abstrakcją. Na dokonanie wydawałoby się nadludzkiego wyczynu zdecydowali się jaślanin Sławek Sanocki oraz Weronika Łukaszewska z Gniezna. Ich przygoda trwała 116 dni. Przemierzyli pieszo cztery kraje: Rumunię, Ukrainę, Polskę i Słowację choć losy wyprawy w pewnym momencie wisiały na włosku. Niespełna dwa tygodnie temu wrócili do domów, zmęczeni ale szczęśliwi.

Na rozmowę udało nam się namówić Sławka Sanockiego, który w wywiadzie dzieli się z Wami swoimi wspomnieniami z wyprawy.
PP: Kiedy zrodził się pomysł na wyprawę Łukiem Karpat?
Sławek Sanocki: Nie była to pionierska wyprawa. Przed nami począwszy od roku 1980, udało się to 22 osobom w 12 zakończonych sukcesem wyprawach. Interesując się tematyką górską wiedzieliśmy o tych przejściach. Wywiady i relacje z wypraw były bardzo inspirujące jednak nie mieliśmy na ten czas wystarczającego doświadczenia. Decyzja o podjęciu próby przejścia całego łańcucha Karpat podczas jednej wyprawy powstał po przejściu najdłuższego szlaku górskiego w Polsce – Głównego Beskidzkiego - o długości 496 km.
PP: Jak długo trwały przygotowania?
Sławek Sanocki: Przygotowania trwały około pół roku. Staraliśmy się poszukać jak najwięcej informacji na temat tego, co może nas czekać podczas wyprawy i analizowaliśmy wszystkie zagrożenia. Sporo czasu zajęło nam opracowanie trasy przejścia, ponieważ wiele pasm górskich w Rumuni nie posiada dobrego oznakowania oraz map. Musieliśmy również zadbać o wyposażenie naszych plecaków na kilkumiesięczną wędrówkę w taki sposób, aby niczego nie zabrakło a ich waga była jak najmniejsza.

PP: Co sądzili o tym pomyśle Twoi bliscy? Nie obawiali się o Twoje zdrowie i bezpieczeństwo?
Sławek Sanocki: Nie byli zadowoleni, ponieważ taka wyprawa wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami, jednak wiedzieli, że jestem do niej dobrze przygotowany.
PP: Co czułeś kiedy podjąłeś wyzwanie przemierzając pierwsze kilometry wyprawy?
Sławek Sanocki: Początki takiej wyprawy są zawsze bardzo ciężkie, ponieważ musimy przyzwyczaić swój organizm do zmagania ze znacznym obciążeniem. Mój plecak w chwili startu ważył około dwudziestu kilogramów, gdyż mieliśmy zapas żywności na jakieś siedem dni. Już w pierwszy dzień, po ciężkim i długim odcinku przyszła refleksja, na co się porywamy i jaki ogrom kilometrów dzieli nas od punktu docelowego. Z drugiej strony byliśmy podekscytowani tym, że udało nam się w końcu doprowadzić do tej wyprawy a przed nami wiele niezapomnianych przygód.

PP: Który z etapów wyprawy był dla ciebie szczególnym przeżyciem?
Sławek Sanocki: Karpaty Południowe, gdzie musieliśmy borykać się z wieloma niepowodzeniami, były najtrudniejszym etapem naszej wędrówki, ale przez to szczególnie zapadły nam w pamięć. Już pierwsze pasmo górskie - Cernei przysporzyło nam wiele problemów z powodu braku wody. Źródełka zaznaczone na mapie były wyschnięte, piliśmy nawet deszczówkę zebraną z tropiku. W górach Godeanu miałem poważny wypadek, a w Fogaraszach musieliśmy zmagać się z dużą ilością zalegającego śniegu, co również przyczyniło się do niebezpiecznego incydentu – zjazdu żlebem koleżanki. Z tychże powodów, największą radością dla nas było zdobycie najwyższego szczytu Rumuni – Moldoveanu. Pomimo niesprzyjających warunków na szlakach i zmaganiem się z kontuzjami, mimo bólu, utraty nadziei i wszelkich trudności, udało nam się osiągnąć cel i wejść na szczyt.
PP: Czy wszędzie spotykaliście się z przyjaznym przyjęciem?
Sławek Sanocki: Zdecydowanie tak! Szczególnie w Rumunii i na Ukrainie, gdzie ludzie są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów. Widząc, że idziemy z dużymi plecakami, często pytali o cel wędrówki, proponowali gościnę i obdarowywali nas jedzeniem. Rumuni to bardzo serdeczni ludzie i stereotypów o Rumunii należy się wyzbyć. Również na Ukrainie byliśmy bardzo mile zaskoczeni przychylnym nastawieniem do Polaków.

PP: Miałeś chwilę, w której chciałeś powiedzieć: "Mam tego dosyć, wracam do domu!"?
Sławek Sanocki: Przed wyprawą wiedzieliśmy, że przyjdą momenty kryzysowe i oczywiście takie się pojawiały. Jednak nawet po moim wypadku, gdzie przeżywaliśmy najcięższe chwile naszej wędrówki nie myślałem o rezygnacji i powrocie do domu.
PP: Co się stało?
Sławek Sanocki: Sam wypadek miał miejsce 14 maja. Dzień wcześniej rozbiliśmy namiot na 2000 m n. p .m, gdzie w nocy rozszalał się huragan i przez kilkanaście godzin zmagaliśmy się z porywistym wiatrem oraz naprzemiennymi opadami deszczu i gradu. Kiedy straciliśmy złudzenia na zmianę pogody, w obawie o namiot postanowiliśmy zejść kilkaset metrów niżej. Niestety przy zejściu, silny podmuch wiatru i śliskie skały spowodowały mój dwudziestometrowy upadek. W efekcie moje mocno stłuczone kolano oraz liczne obicia zmusiły nas do kilkudniowego biwaku na około 1800 m n.p.m. Tam przeżywaliśmy ciężkie chwile, ponieważ mieliśmy świadomość, że losy dalszej wyprawy nie zależą już od nas samych. Jednak o załamaniu nie mogło być mowy, gdyż znajdowaliśmy się w trudnym terenie, bez zasięgu telefonicznego a najbliższa wioska położona była od nas dwadzieścia kilometrów w linii prostej. Czwartego dnia, ze względu na kończące się zapasy jedzenia, zdecydowaliśmy się zejść. Dwudziestokilometrowy odcinek zajął nam dwa dni…

PP: Czujesz się zmęczony?
Sławek Sanocki: Tak, blisko czteromiesięczna wędrówka górami z ciężkim plecakiem naprawdę potrafi dać w kość.
PP: Zrobiłbyś to jeszcze raz? Wyruszyłbyś po raz kolejny Łukiem Karpat? A może w głowie masz już nowe przedsięwzięcie?
Sławek Sanocki: Raczej nie znalazłbym motywacji do powtórzenia tej samej trasy. Jest wiele innych ciekawych wyzwań które warto realizować. Oczywiście mam już kolejne pomysły, jednak za wcześnie o tym mówić. Takiej wyprawy nie organizuje się z dnia na dzień, trzeba ją dobrze przemyśleć i zastanowić się czy jesteśmy w stanie jej podołać.

PP: Możesz powiedzieć, że teraz jesteś innym człowiekiem? Jak wyprawa na Ciebie wpłynęła?
Sławek Sanocki: Faktycznie, podczas takiej wędrówki jest dużo czasu na przemyślenia. Wyprawa hartuje i kształtuje silniejszy charakter. Do wielu spraw nabiera się zdrowego dystansu i inaczej patrzy na wygody, jakie zapewnia nam rozwój cywilizacji. W naszej części świata już mało kto nie ma prądu, bieżącej wody, dachu nad głową i ciepłego łóżka, a nawet nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej. Mając te rzeczy na co dzień trudno nam je doceniać, ale po miesiącach spędzonych w głuszy możliwość umycia się w ciepłej wodzie wyjątkowo cieszy.
PP: Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?
Sławek Sanocki: Przez ostatni rok przeszedłem górami około trzy tysiące kilometrów i nocowałem w namiocie blisko pięć miesięcy. Chwilami zastanawiam się gdzie jest mój prawdziwy dom (śmiech).
Więcej zdjęć oraz szczegółową relację możecie zobaczyć na profilu Facebook'owym wyprawy: FB/ŁukKarpat2015
PP
