Przeszli 6 tys. kilometrów i jeszcze im mało!
Weronika Łukaszewska i Sławek Sanocki dopięli swego. Przejście Wielkiego Szlaku Włoskiego zajęło im osiem miesięcy. Podróżnicy mają w nogach 6 tys. kilometrów. Choć są kompletnie wycieńczeni, ani myślą opuszczać Italii. Po przejściu Sardynii udali się do Apulii, która już czeka na eksplorację przez parę wędrowców z Jasła.
.jpg)
- Sardynia jest zachwycająca! Skalne formy i krajobrazy są unikalne, niepodobne do niczego innego. Po tylu miesiącach wędrówki, szlak się nie nudzi. Rzeźba, pogoda i wymagające szlaki sprawiają, że znów czujemy się jakbyśmy byli w Alpach. Można powiedzieć, że Sardynia to górskie Włochy w pigułce, ale zupełnie dzikie - przekonuje Sławek Sanocki.
Skalista wyspa na Morzu Śródziemnym, druga pod względem powierzchni po Sycylii to prawdziwy raj dla wspinaczy. Weronika i Sławek przekonali się o tym po dotarciu do miasteczka Ulassai. Na Sardynii jest ponad 6000 obitych dróg, a sezon trwa cały rok, dlatego pod skałami co rusz napotykali kampery należące do wspinaczy.
.jpg)
Sardynia jest miejscem wyjątkowym. Morze, piaszczyste plaże i wysokie góry sprawiają, że widok tutejszych krajobrazów dosłownie zapiera dech w piersiach. Masyw górski Gennargentu góruje nad pozostałym obszarem wyspy. Szlak wiedzie tutaj bez dostępu do zaopatrzenia.
- 150 kilometrowy odcinek przez Parco nazionale del Golfo di Orosei del Gennargentu planowaliśmy przejść w ciągu pięciu dni, jednak ze względu na nadchodzący huragan musieliśmy wziąć zapasy na dodatkowy dzień. Najpierw trafiliśmy do elfiej baśniowej krainy, niczym w lasach Lorien. Byliśmy zauroczeni nie tylko przyrodą, ale też kamiennymi chatkami, mostami, ścieżkami wytyczonymi szpalerem kamieni na szlaku - wspomina Weronika Łukaszewska.
.jpg)
W wyższych partiach gór Gennargentu szlaki są bardzo wymagające. Weronika i Sławek przekonali się o tym na własnej skórze podczas wspinaczki na najwyższy szczyt Sardynii - Punta La Marmora (1834 m n.p.m.). Podróżnicy wchodzili na szczyt krocząc w chmurach. Dodatkowym utrudnieniem były silne porywy wiatru. Jakby tego było mało, to trawersowali północny stok Bruncu Spina pełen niebezpiecznych żlebów zasypanych śniegiem. Na samotnej górze Monte Arbu (1567 m n.p.m.) wiatr niemal strącił ich ze szczytu. Najgorsze było jednak dopiero przed nimi. Prognozy pogody nie pozostawiały żadnych złudzeń. Kolejnego dnia wędrowcom miał towarzyszyć huraganowy wiatr, a potem deszcze.
- Przed nami znajdowała się trudna grań części Supramonte z Monte Corrasi położona na wysokości 1463 m n.p.m. Rano wsłuchiwaliśmy się w wycie wichru. Wiedzieliśmy, że jeśli nie przejdziemy tego odcinka w tym konkretnym dniu, możemy tu utknąć na kolejne cztery dni. Nie mieliśmy na tyle prowiantu. Decyzja mogła być tylko jedna, idziemy dalej. Mieliśmy szczęście, że szlak jest osłonięty od wiatru granią. Problemem jest przejście przełęczy. Kilka razy wiatr powalał nas na ziemię - mówi Sławek Sanocki.
.jpg)
Od wiatru gorszy był tylko deszcz, który miał padać od południa. Po nocy spędzonej w pasterskiej chatce Weronika i Sławek wyruszyli przed świtem na zbocza kamiennych sardyńskich kolosów. Alpejskie podejście na Orgoi było dla pary śmiałków wykańczające. Mimo to musieli szybko zejść do doliny, gdzie mieli szansę schronić się przed deszczem. Paradoksalnie borykali się z problemem braku wody. Sardyńskie góry są bowiem suche. Szczęśliwie natknęli się na studnię, w miejscu, w którym zamierzali rozbić namiot. Zastanawiali się jak zaczerpnąć z niej wodę. Czerpak skonstruowany z butelki, kijka trekkingowego i sznurka pozwolił im dosięgnąć tafli wody. Kilka chwil później mogli delektować się smakiem chłodnej górskiej wody.
- W tym roku na Sardynii jest duża susza. Nawet teraz, zimą, w deszczowej porze mało pada. Mamy przelotne opady deszczu ze śniegiem, ale nadciągał kilkudniowy front burzowy. Z wysokości ośmiuset metrów zeszliśmy stromym szlakiem na poziom morza. Szlak wiódł wzdłuż brzegu. Przez moment mogliśmy podziwiać potężne fale, które rozbijają się o skały. Byliśmy potwornie zmęczeni po tych kilku dniach wysokich i wymagających partii. Nie mogliśmy jednak zwolnić. Spieszyliśmy się, bo przed nami znajdowało się jeszcze pasmo Monte Albo pokryte śniegiem - mówi Weronika Łukaszewska.
Trudny szlak wiedzie tutaj wąską, stromą granią. Podróżnicy musieli bardzo uważać. Tymczasem trudno było im nie rozpraszać się zachwycającym widokiem. Wzmógł się wiatr. Zbliżało się załamanie pogody. Dotarli do wioski Sant’Anna, gdzie spędzili noc w podcieniach kościoła. Zacinał śnieg z deszczem. W obliczu fatalnych warunków atmosferycznych zmuszeni byli spędzić kilka dni poza szlakiem.
Weronika i Sławek są potwornie zmęczeni. Niemal każdego dnia myślą o powrocie do domu i swobodnego korzystania z wszystkich błogosławieństw cywilizacji. Choć wyprawa dała im w kość, to nie wyobrażają sobie zakończenia wyprawy bez przejścia ostatniego regionu Włoch.
- Przeszliśmy 19 regionów i pomimo tego, że organizm domaga się regeneracji, nie możemy pominąć Apulii - wyjaśnia Sławek Sanocki.

Wędrówkę szlakiem Sentiero Italia możecie śledzić na stronie internetowej viamountains.com
Sponsorem wyprawy jest firma JAFAR. Partnerem Miasto Jasło. Partnerami technicznymi: Brubeck, Cumulus. Patronat medialny nad wyprawą objął portal www.jaslo4u.pl.
red.
