Ruszył proces lekarza w sprawie śmierci Joanny Paszyńskiej. Kobieta zmarła osiem dni po wyjściu z jasielskiego szpitala
W Sądzie Rejonowy w Jaśle rozpoczął się proces w sprawie śmierci 32-letniej Joanny Paszyńskiej z Jasła, która zmarła osiem dni po wyjściu z jasielskiego szpitala. Kierownik oddziału chirurgii ogólnej i onkologicznej został oskarżony o nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia kobiety.

W Sądzie Rejonowym w Jaśle odbyła się pierwsza rozprawa w sprawie śmierci Joanny Paszyńskiej z Jasła, która w ósmym dniu po wyjściu z jasielskiego szpitala zmarła w domu. Do tragedii doszło 8 grudnia 2017 r. Zarzuty usłyszał kierownik oddziału chirurgii jasielskiego szpitala.
- Oskarżam Szymona N. o to, że 1 grudnia 2017 r. w Jaśle jako lekarz i kierownik Oddziału Chirurgii Ogólnej i Onkologicznej Szpitala Specjalistycznego w Jaśle mając obowiązek wykonywania zawodu lekarza zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością, posiadając informację o zgłaszanych przez Joannę Paszyńską dolegliwościach oraz informacjach o wynikach przeprowadzonych u niej badań wskazujących na wysoki poziom parametrów stanu zapalnego i narastanie ilości płynu w jamie otrzewnej, po przeprowadzonym 23 listopada 2017 r. zabiegu cholecystektomii metodą laparotomii, w sytuacji istniejących wskazań do dalszej jej hospitalizacji celem wdrożenia adekwatnie do pogarszającego się stanu działań diagnostyczno-leczniczych i bardziej wnikliwej obserwacji stanu klinicznego jej zdrowia podjął nieprawidłową decyzję o wypisaniu jej ze szpitala, co uniemożliwiło wdrożenie adekwatnego do sytuacji klinicznej leczenia, przez to naraził ją nieumyślnie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utratę życia – odczytała akt oskarżenia prokurator Jadwiga Jajuga-Lis z Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.
"Nie przyznaję się do zarzutów"
Lekarz nie przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia. Podkreślał, że sam jest zainteresowany ustaleniem przyczyny śmierci młodej kobiety. Przede wszystkim odniósł się do opinii wydanej przez biegłych sądowych z Bytomia, którą uznał za napisaną pod przyjętą tezę, że śmierć Joanny Paszyńskiej była wynikiem powikłań pooperacyjnych. Oskarżony złożył kolejne wnioski dowodowe w postaci kontropinii wydanych przez innych biegłych. - Wykonana sekcja zwłok przez (...) w Jaśle w obecności prokuratora absolutnie nie wykazała takich ustaleń. Obducent w końcowym raporcie stwierdził, że nie znajduje przyczyny zgonu pacjentki, a do badania histopatologicznego zostały pobrane próbki tkankowe i płyn przejrzysty, wodojasny w ilości około 2 litrów w jamie otrzewnowej. Mam wielki żal do Prokuratury Rejonowej w Jaśle, że sekcja zwłok została wykonana całkowicie poza obowiązującymi dzisiaj standardami przez lekarza nie posiadającego specjalizacji w dziedzinie medycyny sądowej, czy patomorfologii – mówił oskarżony. - Nie zabezpieczono do dalszych badań toksykologicznych popłuczyn żołądkowych, nie pobrano krwi na badania toksykologicznego, nienależycie zabezpieczono i opisano pobrane tkanki podczas sekcji – dodał. Lekarz zwrócił także uwagę, że prokuratura wydała zgodę na wydanie karty zgonu nie zasięgając drugiej opinii w ośrodku medycyny sądowej lub patomorfologii, aby ustalić możliwą przyczynę zgonu kobiety, przez co została mu odebrana najistotniejsza sprawa w procesie obrony o zarzut nieumyślnego narażenia na utratę zdrowia i życia Joanny Paszyńskiej. - Ja byłem głównie zainteresowany jako kierownik oddziału, co właściwie się stało, że doszło do zgonu pacjentki po operacji. Na potwierdzenie tych faktów stwierdzam, że kiedy dowiedziałem się telefonicznie o jej śmierci od jednej z pielęgniarek oddziału, natychmiast zadzwoniłem do lekarza stwierdzającego zgon i poprosiłem, aby absolutnie nie wydawał karty zgonu i powiadomił natychmiast prokuraturę.
Zdaniem lekarza pacjentka czuła się dobrze
Biegli z Bytomia uznali, że przyczyną śmierci pacjentki był wyciek treści żółciowej z dróg żółciowych i w konsekwencji rozwijający się stan zapalny w jamie otrzewnowej. Joanna Paszyńska borykała się z kamicą pęcherzyka żółciowego. Do jasielskiego szpitala została przyjęta 22 listopada 2017 r. Następnego dnia trzech lekarzy uczestniczyło w zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego, które miało odbyć się laparoskopowo. Jak podkreślał oskarżony, aby uniknąć komplikacji spowodowanej małym, marskim pęcherzykiem żółciowym, a jednocześnie z uwagi na założony u Joanny wcześniej stent, doszło do zamiany techniki na metodę otwartą. Szymon N. nie operował osobiście kobiety, nie było go nawet w tym dniu w pracy. Dodał również, że z raportów pielęgniarsko-lekarskich nie wynikało, aby przebieg po operacji pacjentki był powikłany. Zaznaczył, że nikt z rodziny nie skarżył się na żadne nieprawidłowości ani nie składał skarg. - Dziwi mnie również fakt, że będąc kolegą teścia zmarłej(...), który miał do mnie numer telefonu i do dzisiaj ma (...) nie kontaktował się ze mną, nie zgłaszał jakichkolwiek problemów w przebiegu szpitalnym i poszpitalnym – podkreślał oskarżony. Co więcej, Joanna Paszyńska miała apelować do lekarzy o chęć wyjścia ze szpitala, gdyż zależało jej na powrocie domu, gdzie czekał na nią synek. Miała również zaznaczyć, że ma sprawy do załatwienia i czuje się dobrze. Kierownik oddziału będąc na dyżurze osobiście zbadał panią Joannę i zapoznał się z dokumentacją medyczną. - Zapoznałem się w tym dniu z dokumentacją i stwierdziłem, że jedynie dwa parametry tzw. wskaźnik odczynu CRP jest wysoki i w badaniu USG pojawił się płyn w niewielkiej ilości. Zbadałem wtedy osobiście pacjentkę poza ogólnym badaniem na porannej wizycie lekarskiej, klinicznie była w stanie dobrym i na istotne jakieś dolegliwości absolutnie się nie skarżyła – wyjaśniał kierownik oddziału.
Lekarze postanowili zostawić kobietę jeszcze na jeden dzień, aby sprawdzić, czy spadają wartości zapalne. Tak też się stało. Joanna Paszyńska została wypisana do domu w piątek 1 grudnia. W tym dniu była jeszcze dwukrotnie badana. - Ja ją poinformowałem, że jest niewielka kolekcja płynu w jamie otrzewnowej oraz utrzymują się wysokie parametry zapalne ze znaczną tendencją spadkową – mówił chirurg. Jak podkreślał kierownik oddziału, 32-latka została poinstruowana, że gdyby ją coś niepokoiło ma się bezpośrednio zgłosić do szpitala na konsultacje. Zdaniem Szymona N. Joanna Paszyńska przy wypisie odebrała kartę informacyjną i była zadowolona z powrotu do domu. Lekarze wspólnie uznali, że gromadzący się wodojasny, przejrzysty płyn w jamie otrzewnowej to efekt odczynowego zareagowania trzustki na skutek operacji w nadbrzuszu z cewnikowaniem dróg żółciowych. - Czyli jest to najłagodniejsza postać ostrego zapalenia trzustki, która po kilku dniach samoistnie ustępuje. Jest to znane, co potwierdzają również biegli, możliwe łagodne powikłanie pooperacyjne, nieprowadzące w tym stopniu zaawansowania do jakichkolwiek istotnych następstw w ograniczeniu funkcjonowania innych narządów – wytłumaczył.
"Podjąłbym taką samą decyzję"
Lekarz zastanawia fakt, braku reakcji ze strony rodziny. Skoro mieli wiedzę, że dzieje się z 32-latką coś niepokojącego jego zdaniem powinni natychmiast zareagować i zgłosić się z kobietą do szpitala. - Dziwi mnie fakt, że w dniu śmierci pacjentka ma podane śniadanie do łóżka, konsumuje kanapki i zostaje sama – dodał oskarżony. Stwierdził także, że obecnie podjąłby taką samą decyzję jak wówczas. Pacjentka nie zgłaszała żadnych dolegliwości bólowych, a przy wypisie była zadowolona - Nie mam sobie nic do zarzucenia - skwitował.
Oskarżony pytany przez sąd przyznał, że codziennie badał Joannę Paszyńską, która jak podkreślał nigdy się nie skarżyła na ból czy inne dolegliwości. Niemniej zaznaczył, że po śmierci kobiety do oskarżonego zaczęły docierać informacje, że pacjentka od samego początku zachowywała dziwnie, była zamknięta w sobie, a matka jej przebywała z nią niemal cały czas. Z relacji pielęgniarek wynikało, że mąż siedział, ale mówiły, że patrzył w telefon komórkowy, nie widziały, żeby pomagał czy coś innego robił.

"Czy zrobił pan wszystko, żeby ratować moje dziecko?!"
W trakcie rozprawy strony mogły zadawać pytania. Matka Joanny Paszyńskiej emocjonalnie i ze łzami w oczach pytała lekarza, czy chociaż raz był na grobie córki i zapalił znicza. Czy zrobił pan wszystko, żeby ratować moje dziecko? - Bardzo współczuję, bo sam chcę znać przyczynę zgonu pacjentki. (...) Ja wiem co czuje matka, bo jestem ojcem czwórki dzieci i zrozumienie tego żalu jest w pełni, tylko Pani musi też spojrzeć na to, że przyszliśmy do sądu, aby dociec przyczyny bardzo bolesnej śmierci pani najukochańszej córki. Ja mam postawiony zarzut i chciałbym, aby pani mi zadawała istotne pytania w sprawie. Bólu żałości ja pani nie odwrócę. Pani do mnie nie przyszła z córką, ja jej źle nie zoperowałem, córka nie była źle leczona- jest wiele niedomówień w całej tej sytuacji - odpowiedział lekarz.
Joanna Paszyńska miała uczulenie na antybiotyki
Sąd przesłuchał na pierwszej rozprawie również matkę Joanny Paszyńskiej oraz jej męża. Oboje przedstawili nieco odmienną wersję dotyczącą samopoczucia młodej kobiety i jej stanu zdrowia po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego. Przede wszystkim matka 32-latki zwróciła uwagę na fakt, że jej córka przed operacją nie miała wykonanych żadnych badań ani USG. Lekarze opierali się na wcześniej wykonanych badaniach. Nic jej nie wiadomo o jakimkolwiek zapaleniu trzustki, o którym wspominał kierownik oddziału. Miała przypomnieć córce w szpitalu już po zabiegu, że jest alergikiem i ma uczulenie na antybiotyki. - Pytałam, czy lekarz ma wiedzę na ten temat, czy pytał ją o to? Usłyszałam – "nie mamo, nikt mnie o to nie pytał". Byłam zaniepokojona, gdyż po antybiotyku ją wysypywało i mogła dostać wstrząsu anafilaktycznego – tłumaczyła matka Joanny Paszyńskiej. Informację tę miała przekazać jak twierdzi pielęgniarce. Z córką pozostawała w sali niemal każdego dnia do 23.00, chcąc dopilnować córki i pomóc jej, jeśli byłaby taka potrzeba. Zarówno matka, jak i mąż Joanny Paszyńskiej wielokrotnie podkreślał, że żona uskarżała się na silne bóle pleców i czuła się bardzo źle. Była słaba do tego stopnia, że do łazienki matka woziła ją na wózku. Opieka zdaniem rodziny była fatalna. - Córka bała się zostać z pielęgniarkami. Przyszły takie złe do niej jak zadzwoniła. Chciałam zrobić awanturę, bo zaczęłam się denerwować. Asia mówiła mi "nie rób nic, bo ja zostanę i będą mi dokuczały. Mamo pamiętaj, żebyś nigdzie nie szła, bo będę miała jeszcze gorzej".
Z relacji matki wynika, że w dniu wypisu pacjentce wykonano badanie USG. Jak stwierdził świadek, lekarz, który je wykonywał poinformował kobiety o gromadzącym się płynie w miednicy. To zaniepokoiło matkę pani Joanny. Poprosiła więc córkę, aby została jeszcze przez weekend w szpitalu na obserwacji. Do wypisu pacjentki ze szpitala doszło jednak tego samego dnia. - Pomyślałam, sobie, że skoro taką decyzję podjął lekarz z tak długim stażem to chyba wie, co robi. Wszyscy mi mówili, że jestem nadopiekuńcza i za dużo się mieszam, więc nie chciałam już interweniować. Jak córka zmarła to doznałam szoku – mówiła cała roztrzęsiona.
Kobieta zmarła w domu
Joanna Paszyńska zmarła 8 grudnia. Od rana była z nią mama. Kobieta przygotowała córce śniadanie. - Usiadła w fotelu, miała sobie pooglądać telewizję. Zrobiłam jej śniadanie, dałam jej lekarstwo i pobiegłam do pracy – mówiła matka 32-latki. - Córka ani razu nie wspomniała o tym, że potrzebuje skonsultować się z lekarzem. Nic nie wskazywało na to, aby coś złego się stało. Czuła się tak jak zawsze. Pogorszenia stanu zdrowia nie było. Prosiła mnie jeszcze, żeby jej przyniosła mace z kuchni. Miałam przyjść do niej po pracy – dodała. Oskarżony dopytywał kobietę, w jaki sposób Joanna Paszyńska reagowała na alergię. Kobieta przyznała, że na skórze córce pojawiała się wysypka, nie miała duszności. W przebiegu leczenia pooperacyjnego zażywała pyralginę.
Joanna Paszyńska alarmowała lekarzy o bólu – przekonuje mąż kobiety
Sąd przesłuchał także męża Joanny Paszyńskiej, który przyznał, że planowali mieć drugie dziecko, dlatego wspólnie zdecydowali, że 32-latka usunie pęcherzyk żółciowy, który jej doskwierał. Jak zaznaczył, do szpitala poszła pełna nadziei, a po operacji "gasła w oczach". - Pierwszego dnia po zabiegu nie było z nią kontaktu. Była na bardzo mocnych lekach przeciwbólowych. Następnego dnia sytuacja nie ulegała poprawie, coraz gorzej się czuła i jak to określała – coraz więcej organów ją bolało. Pierwszy ból, o którym mówiła lekarzom to był ból lewej strony i podbrzusza. Wtedy mówiono, że "przyszła z trzustką" do szpitala. Ból promieniował jej do prawej części ciała, w okolice wątroby, a następnie do prawego barku – tłumaczył przed sądem. Zaznaczył, że żona skarżyła się na ból przy każdej wizycie lekarza. Niczego jak twierdzi nie zataiła. - W trzeciej dobie po zabiegu moja żona nie była w stanie wstać z łóżka ani pójść do toalety. Został jej założony pampers. Pojawiło się krwawienie z dróg rodnych, prześcieradło było pokrwawione, jakieś żółte wydzieliny. Codziennie wymiotowała do własnego łóżka, bo nikt nie był w stanie do niej podejść – mówił mąż pani Joanny. Dodał również, że było coraz gorzej, przez co lekarze wprowadzali kolejne leki, metody leczenia, czy zlecali badania w trybie pilnym. W dniu, kiedy pacjentka miała zostać wypisana ze szpitala, do 32-latki jak twierdzi mąż kobiety podeszła pielęgniarka, która dała jej radę, żeby nawet udawała ból, gdyż ma wysoki stan zapalny." Ja nie muszę udawać, mnie naprawdę bardzo boli" – odpowiedziała Joasia.
Byli zapewniani, że będzie dobrze i nic się złego nie dzieje?
Rodzina otrzymywała informacje, że wszystko jest dobrze, nic się nie dzieje, płyn w jamie otrzewnowej się wchłonie. Mąż podkreślał, że żona od wyjścia ze szpitala do dnia zgonu odczuwała ból, jej stan się nie poprawiał. Temperaturę ciała miała obniżoną i wynosiła 36,3-36,4 stopni Celsjusza. - Żona nie miała przepisanych żadnych leków przeciwbólowych. Kupiłem jej dopiero w aptece, jak również opatrunki, które jej wymieniałem – zaznaczył. Odniósł się również do alergii żony podkreślając, że żonę znał 12 lat, 6 lat byli małżeństwem i w tym czasie nie zauważył, aby Joanna Paszyńska miała jakiekolwiek duszności oprócz wysypki, która znikała następnego dnia.
Obchodzili dzień Świętego Mikołaja, były odwiedziny znajomych
6 grudnia rodzina zorganizowała 4-letniemu synowi Mikołajki, w czwartek 32-latkę odwiedzili znajomi z pracy, z którymi umawiali się na kulig. - W dniu śmierci nie było żadnych symptomów różniących się od tych po wyjściu ze szpitala. Dalej była osłabiona, apatyczna. Mówiła mi, że czuje, jakby się jej cały czas coś w żołądku przelewało. Przed godziną 9. odwoziłem syna do przedszkola i minąłem się z teściową, bo tak byliśmy umówieni. Pojechałem następnie do pracy. O 11.30 miałem ostatni kontakt SMS z moją żoną. Zapytałem jak się czuje oraz o sprawy prywatne. Napisała mi, że jest ok, że jej się świetnie spało, ale mama wychodziła i ją obudziła. Dodała jeszcze, że ją coś głowa boli, ale od kiedy pamiętam, zawsze miała bóle migrenowe. Gdyby coś się działo to by mnie zaalarmowała, a ja bym reagował – zapewniał.
Kobieta leżała na łóżku jakby spała
- Kilka minut przed godziną 14. zadzwoniła teściowa, że nie może się dodzwonić do Asi i żebym zobaczył w domu co się dzieje. (...) Dokładnie o 14.08 wszedłem do domu rozmawiając przez telefon ze szwagrem. Wchodząc na górę zobaczyłem małżonkę leżącą plecami w stronę drzwi wejściowych na boku w pozycji normalnej. Pod brzuch położyła sobie poduszkę w kształcie wałka. Zaniepokoiło mnie to, że wszedłem głośno a ona nie reagowała. Zobaczyłem ją martwą, miała sine usta i lekko otwarte oczy – opowiadał. Po reanimacji brzuch 32-latce urósł jak balon. Na wizytę kontrolną, na zdjęcie szwów nie zdążyła. Sąd zapytał również o zażywanie leków przeciwbólowych. - Żona wytrzymywała bez tabletek, może raz zażyła wieczorem jedną pastylkę, nie jestem pewien. Poczuła dyskomfort w miejscach ran, a chciała się wyspać. Ani jednej nocy nie przespała w szpitalu. Maksymalnie jedną tabletkę przeciwbólową zażyła – skwitował mąż kobiety. Po kilku godzinach przesłuchań rozprawa została przerwana i wyznaczony został kolejny termin, na którym sąd zamierza przesłuchać kolejnych świadków.
id

