Złożyli najwyższą ofiarę
Karząca ręka sprawiedliwości z pewnością nie dosięgnie już zbrodniarzy, którzy w 1940 r. dokonali bestialskiego mordu na polskich jeńcach wojennych w Katyniu oraz innych miejscach kaźni. Dziś nie o sprawiedliwość tylko chodzi, lecz także o pamięć dla ofiary, jaką pomordowani złożyli w służbie ojczyzny.
13 kwietnia jest Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. W tym dniu wspominamy ofiary ludobójstwa, którego dopuścili się sowieccy oprawcy na blisko 22 tysiącach obywateli polskich. Choć przez wiele dekad z ogromnym zaangażowaniem starano się przywracać pamięć o wydarzeniach z 1940 r. dziś zbrodnia katyńska zdaje się być jedynie tłem dla innych obchodów, których od kilku lat nieodłącznym elementem jest trywialny spór polityczny. W tym wszystkim brakuje czasu i miejsca dla wspomnień o tych, którzy spoczęli w zbiorowych bezimiennych mogiłach w Katyniu, Charkowie, Miednoje i Bykowni.

Zdjęcie z pierwszej ekshumacji - źródło: katyn.ipn.gov.pl
Tragiczny los tysięcy żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego miał swój początek 17 września 1939 r. Wówczas granicę wschodnią Rzeczypospolitej Polskiej przekroczyły oddziały Armii Czerwonej. Agresja sowiecka była ciosem w plecy zadanym Polsce stawiającej zaciekły opór hitlerowskim Niemcom. Wkrótce część z polskich żołnierzy i oficerów znalazła się w niewoli. Trafili oni do obozów specjalnych NKWD.
Władze partyjno-państwowe totalitarnego Związku Sowieckiego szykowały dla nich okrutny los. Został on przypieczętowany uchwałą Biura Politycznego Komitetu Centralnego Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) z 5 marca 1940 r. W tej samej uchwale oprócz decyzji o wymordowaniu jeńców osadzonych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie zdecydowano o rozstrzelaniu blisko 11 tysięcy więźniów przetrzymywanych w tak zwanych zachodnich obwodach Ukrainy i Białorusi. Sowieci nie zasypiali gruszek w popiele. Już 22 marca Ławrientij Beria wydał rozkaz „O rozładowaniu więzień NKWD”.

Notatka Ławrentija Berii do Józefa Stalina z propozycją wymordowania polskich jeńców wojennych
Przez obóz w Kozielsku przeszło około 6 tysięcy jeńców. Wśród nich znaleźć można było przede wszystkim oficerów rezerwy, którzy w cywilu byli urzędnikami, nauczycielami, inżynierami, lekarzami, działaczami społecznymi – Polakami, którzy w oczach Sowietów stanowić mogli realną przeszkodę na drodze do budowy swoistego rodzaju „protektoratu” Kremla ze stolicą w Warszawie. Pierwszy transport śmierci wyruszył z Kozielska 3 kwietnia 1940 r. Jego celem był las katyński pod Smoleńskiem. Wśród jeńców wciąż jednak tliła się nadzieja na odzyskanie upragnionej wolności. Takie oto myśli, zaprzątały tego dnia głowę Zbigniewa Przystasza, podporucznika rezerwy. „Pragnąłbym, aby Bóg umożliwił mi powrót (wraz ze wszystkimi) do Polski, do normalnych warunków pracy – ażebym skończył prawo, mógł zrealizować zamierzenia swoje odnośnie rodziny, a potem - […] pracować naukowo, choć z amatorstwa, a jak będzie to możliwe, to fachowo. A przy tym życie moje tak ułożyć, aby ono mi dało maksimum korzyści moralnych, fizycznych, materialnych, ażebym mógł rozwijać swój charakter, swój umysł, swe ciało, ażebym się ożenił z piękną, dobrą i kochaną kobietą, ażebym miał z nią dzieci – takie, o jakich nieraz marzyłem”. Pisząc te słowa Zbigniew Przystasz miał zaledwie 28 lat.

Marzenia i nadzieje zderzały się jednak w lesie katyńskim i innych miejscach kaźni z brutalną rzeczywistością, kreowaną przez sowieckich oprawców. Jeńcom strzelano w kark lub potylicę. Pierwszy ze sposobów pozwalał na ograniczenie krwawienia, bowiem kula opuszczała ciało przez oczodół lub usta. O tym, jak przebiegały egzekucje dowiadujemy się z relacji naocznych świadków, którzy brali udział w planowych egzekucjach. Mitrofan Syromiatnikow, strażnik z więzienia NKWD w Charkowie, w swoich zeznaniach złożonych już w latach dziewięćdziesiątych tak opisał przerażającą procedurę. „Przyprowadzają ofiarę na korytarz. Tam ja, przypuśćmy, stoję w drzwiach. Otwieram i pytam, czy można. Stamtąd pada odpowiedź: »wejść«. Prokurator stoi za stołem, obok komendant. Pyta: nazwisko, imię, imię ojca, rok urodzenia i mówi »możecie iść«. Tu od razu strzał i już koniec, koniec. Inni nic nie widzieli. Oni tylko słyszeli odgłos". – mówił jeden z oprawców.
Opisy zbrodni dokonanych na obywatelach polskich przez NKWD ponad siedem dekad temu wciąż wywołują wiele emocji. Tym bardziej, że oprawcy zdawali się być na tyle pewni siebie, że swoim ofiarom rekwirowali jedynie wartościowe przedmioty. Pozostałe, w postaci choćby notatników, dokumentów potwierdzających tożsamość czy też korespondencji spoczęły wraz ze swoimi właścicielami w zbiorowych mogiłach. To one po dokonanych w 1943 r. ekshumacjach stanowiły bazę zbioru opracowanego jeszcze podczas trwania II wojny światowej przez Państwowy Instytut Medycyny Sądowej i Kryminalistyki. Owy zbiór powstał pod kierunkiem dr. Jana Zygmunta Robla.

Niemniej Kreml oraz polscy komuniści zadali sobie nie mało trudu, aby dzięki machinie propagandowej oraz zwykłemu terrorowi zadać kłam temu, co faktycznie wydarzyło się w lesie katyńskim. Jeszcze w czasie trwania wojny komuniści z Polskiej Partii Robotniczej za pośrednictwem „Trybuny Wolności” – organu prasowego partii udowadniali, że sprawa katyńska jest jedynie niemiecką prowokacją. Następnie, lansowali oni pogląd jakoby mordu dokonali sami hitlerowcy. Tak zwane „kłamstwo katyńskie” stanowiło jeden z fundamentów powojennego ustroju państwa polskiego i władzy popleczników Kremla.
***
Artykuł powstał w oparciu o teksty publikowane w czasopiśmie KARTA (76/2013), Biuletynie IPN Pamięć.pl nr 4(13) /2013 oraz materiały dostępne na stronie Instytutu Pamięci Narodowej.
MD

