Polacy na Kazbeku – ekipa z Jasła zdobyła pięciotysięcznik w Gruzji
5054 metry nad poziomem morza, kilkadziesiąt stopni mrozu i bezkresny widok na Kaukaz. Trójka śmiałków – Mateusz Bracik, Mateusz Kulig i Bartosz Zięba – podjęła wyzwanie zdobycia Kazbeku, jednego z najpiękniejszych i najbardziej wymagających szczytów Gruzji.

Pomysł, jak przyznaje Mateusz Bracik, narodził się nagle, ale od razu przerodził się w konkretny cel. – Myślę, że tutaj przyciągnęła nas po części Gruzja, chęć odwiedzenia tego kraju, poznania ich kultury i zdobycie pierwszego pięciotysięcznika właśnie tu – w Gruzji – mówi.
Treningi i kompletowanie sprzętu
Choć decyzja zapadła spontanicznie, przygotowania wymagały wielu miesięcy. Kondycję szlifowali podczas biegów, treningów siłowych i górskich wędrówek w Tatrach. – To właśnie one najlepiej przygotowują do takich wyjść – podkreśla Mateusz Kulig. Sprzęt również nie mógł zawieść: czekany, raki, kaski, uprzęże, odpowiednia odzież i zapasy liofilizowanego jedzenia. – W górach, na tej wysokości, każdy detal ma znaczenie – dodaje.
Droga na szczyt
16 września ekipa wylądowała w Gruzji. Po noclegach w kolejnych obozach – Altihut (3014 m) i Bethlemi Hut (3650 m) – przyszedł czas na aklimatyzację. Atak szczytowy planowany był na 21 września, ale ze względu na pogodę przesunięto go o dzień.


22 września, o czwartej nad ranem, ruszyli na lodowiec. Świeży śnieg, szczeliny lodowcowe i rzadkie powietrze sprawiały, że każdy krok wymagał ogromnego wysiłku. – Najcięższy był atak szczytowy – zimno w okolicach -25 stopni, woda, którą mieliśmy w camelbagach, po prostu zamarzła. Na wysokości powyżej 4000 metrów każdy krok kosztuje o wiele więcej siły niż na Tatrach – relacjonuje Bartosz Zięba.
Mimo trudności nie było mowy o rezygnacji. – Zwątpienia i chęci zawrócenia raczej nie było, bo pojechaliśmy w jednym celu – zdobyć szczyt. Wspieraliśmy się wzajemnie i myślę, że to nam dodawało też sił – podkreśla.


Biało-czerwona na Kazbeku
O 8:35 czasu polskiego stanęli na szczycie Kazbeku. – To mieszanka ulgi, radości i dumy trzymając biało-czerwoną flagę na szczycie. Z jednej strony człowiek jest zmęczony podejściem, a z drugiej czuje niesamowitą satysfakcję – spełnienie marzenia – opowiada Bracik.
Na szczycie spędzili zaledwie kilka minut. Niska temperatura nie pozwalała na dłuższe świętowanie. Po zejściu do obozu i kolejnej nocy w namiotach wyruszyli w drogę powrotną do Kazbegi, a następnie do Polski.
Lekcja pokory i plany na przyszłość
Jak zgodnie przyznają uczestnicy wyprawy, doświadczenie zdobyte na Kazbeku zostanie w pamięci na długo. – Na pewno pokazała, że granice są dalej, niż Ci się wydaje. Spędzenie tych pięciu dni bez wody pitnej i normalnego jedzenia dużo uświadamia, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Góry uczą pokory, ale też dają ogromną satysfakcję, gdy się je pokona – podkreślają.
Czy to koniec wysokogórskich wyzwań? Raczej początek. – Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Może Elbrus? Może coś w Ameryce Południowej? Czas pokaże – zdradzają.
Ekipa z Jasła i Strzyżowa
Obok Mateusza Bracika – na co dzień strażaka w Komendzie Powiatowej PSP w Jaśle – na szczyt dotarli także: Bartosz Zięba, emerytowany strażak i miłośnik kolarstwa oraz gór, poznany przez Mateusza podczas pracy w KP PSP Strzyżów, a także Mateusz Kulig, z którym zna się od lat.
Ich wspólna wyprawa pokazuje, że determinacja, przyjaźń i dobrze przygotowany plan potrafią przenieść człowieka na sam dach Gruzji.
AJ

