Rośnie dezaprobata dla strajków lekarzy
15
Po jednej stronie są zdeterminowani, głodujący lekarze. Z drugiej - pacjenci, którzy czekają na operacje i są odsyłani ze szpitali. Problemy z leczeniem mają również pacjenci z rozpoznaną chorobą nowotworową. To rodzi coraz więcej pytań o moralny i etyczny wymiar strajku.U pana Jerzego z Rzeszowa rozpoznano raka prostaty. Był operowany tuż przed strajkiem lekarzy. Z powodu strajku miał kłopoty z kontynuacją leczenia. Lekarz nie wypisał mu skierowania na specjalistyczne badania, bo strajkował. Zrobił to dopiero specjalista z innej placówki. Gdyby pan Jerzy teraz zgłosił się np. do rzeszowskiego Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, mogłoby się okazać, że na operację musi poczekać, aż strajk się skończy.
- Pracujemy w systemie ostrego dyżuru, dlatego nie wykonujemy wszystkich operacji. Byli pacjenci, których odesłaliśmy do innych szpitali, m.in. do Przeworska i Lublina. W urologii są nowotwory, które nie wymagają natychmiastowej operacji. Takim jest rak prostaty, który rozwija się długo i można jego rozwój zahamować lekami - wyjaśnia Jacek Tereszkiewicz, ordynator oddziału urologii w szpitalu przy ul. Szopena.
Również na chirurgii ogólnej i onkologicznej trwa ostry dyżur. Zastępca ordynatora Ryszard Ziemakiewicz potwierdza, że z powodu strajku lekarze musieli odmówić przyjęcia na oddział pacjentów, którzy mieli wyznaczone wcześniej terminy operacji, np. przepukliny, pęcherzyków żółciowych. Czy wśród nieprzyjętych byli również pacjenci z rakiem? Mogło ich być około 20. - Ale były to przypadki, które nie wymagały natychmiastowej operacji. W naszym województwie jest jeszcze ośrodek onkologiczny w Brzozowie, który przyjmował pacjentów cały czas - tłumaczy lekarz.
Kto powinien być operowany natychmiast, a kto może jeszcze poczekać? - Dla lekarza podjęcie takiej decyzji jest zawsze dylematem. Ale jeśli zapada decyzja, że pacjenta trzeba operować, robimy to. Trzeba wziąć pod uwagę, że to jest strajk absencyjny. W szpitalu są ordynator i od godz. 15 lekarz dyżurny. Gdy jest operacja, przyjeżdżają lekarze, którym za stanie przy stole być może nikt nie zapłaci. To są wolontariusze, którzy pracują tak jak lekarze w Afryce, a mimo to żaden nie odmówi przyjścia na oddział - mówi Tereszkiewicz.
Lekarze przyznają, iż bardzo trudno jest powiedzieć pacjentowi, że nie będzie operowany. - Niektórzy płaczą, inni są agresywni. Od innych słyszymy, że jesteśmy łapownikami, pijakami, lubieżnikami, bo tak się przedstawia lekarzy - dodaje Ziemakiewicz. Przyznaje, iż sytuacja służby zdrowia spowodowała, że dawna więź emocjonalna między lekarzem a pacjentem została zerwana. - Odmawiamy leczenia pacjentów, ale co innego możemy zrobić? Głodować? Chcemy uzmysłowić wszystkim, również pacjentom, że lekarze to nie są wyłącznie pijacy i łapownicy. Oczekujemy godnego traktowania - stwierdza Ziemakiewicz.
Gazeta Wyborcza

