Tysiące kilometrów rowerowej przygody
Podczas, gdy zdecydowana większość Polaków woli spędzać wakacje leniwie prażąc się w słońcu na plaży lub wędrując górskimi szlakami, inni szykują rowery, aby podczas kilkunastodniowej eskapady, móc odkrywać kulturę Turcji i krajów bałkańskich. Rafał, Arek i Krzysiek, którzy niezwykle cenią sobie niezależność, również w planowaniu niekonwencjonalnych podróży, wyruszyli w czerwcu w spontaniczną wyprawę, której celem było pogranicze dwóch kontynentów, znajdując przy okazji receptę na tanie, a zarazem fantastyczne wakacje. Łącznie przemierzyli oni niemal 10 tys. kilometrów.
Rafał, Arek i Krzysiek to trójka przyjaciół, których łączy nie tylko fakt, że mieszkają w Jaśle, lecz również wspólne pasje, sposób na życie, miłość do muzyki (Arek udziela się bądź udzielał, w co najmniej kilku projektach muzycznych) oraz nieodparta pokusa do odbywania podróży, często będących wypadkową nagłego impulsu, spontanicznego pomysłu. Tak właśnie zrodziła się koncepcja wakacyjnego wypadu rowerowego do Turcji i Grecji, które od zawsze pragnęli zobaczyć i poznać. Cóż może być bowiem bardziej fascynującego od podróży na pogranicze dwóch kontynentów, gdzie na przestrzeni wieków, poczynając od czasów antycznych stykają się odrębne kultury i cywilizacje.
- Turcja kotłowała się w naszych głowach od stosunkowo dawna. Pierwotnie zamierzaliśmy udać się pociągiem do Splitu, aby następnie przejechać rowerami z Chorwacji do Stambułu i tam przekroczyć cieśninę Bosfor. Musieliśmy jednak zmienić palny z uwagi na to, że połączenie kolejowe z Polski do Chorwacji nie znalazło się w rozkładzie jazdy. Wówczas postanowiliśmy, że samolotem udamy się do Bułgarii, a stamtąd do Turcji. Z takiego rozwiązania skorzystałem ja i Arek. Krzysiek miał inny plan – wyjaśnia Rafał Grodzicki.
Z Burgas do Turcji
Dla Krzyśka Zabawy podróż do Turcji rozpoczęła się nie na podkrakowskich Balicach, lecz 17 czerwca na dawnym przejściu granicznym w Barwinku. W odróżnieniu od swoich kolegów, postanowił bowiem przejechać całą trasę rowerem, tam i z powrotem. Wszyscy, w komplecie spotkali się 27 czerwca w Burgas, bułgarskim mieście portowym. Dlaczego właśnie tam? Zadecydowały o tym dwie kwestie. Po pierwsze, miasto położone jest w odległości nieco ponad 70 kilometrów od granicy z Turcją. Po drugie, ceny biletów lotniczych do Burgas okazały się być znacznie tańsze niż te do Stambułu.

W portowym mieście Burgas
Kiedy cała trójka wygodnie usadowiła się na siodełkach swoich rowerów, cel, jakim była Turcja znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Co mówił szczegółowy plan wyprawy? Nic, bowiem takowy nigdy nie powstał. To, co przynieść miały kolejne dni, powierzyli wyłącznie losowi. W sakwach przytroczonych do rowerów znalazły się wyłącznie najpotrzebniejsze rzeczy, jak karimaty, śpiwory, skromne zapasy jedzenia i wody, bielizna i odzież na zmianę oraz zapasowe dętki, których ilość, finalnie okazała się niewystarczająca. Za nocleg, służyć im miały przygodne miejsca, w których po całodniowym trudzie pedałowania mogli bezpiecznie odpocząć, ładując przysłowiowe akumulatory przed kolejnym dniem podróży. Nocleg pod gołym niebem w ciepłym o tej porze roku regionie, miał być kolejnym, ciekawym doświadczeniem. Jak się później okazało, wybór ten skutkował między innymi wizytą Arka na pewnym rodzinnym przyjęciu w tureckim Esetçe.
- Pewnej nocy, kiedy Rafał i Krzysiek smacznie sobie spali, słysząc dobiegającą muzykę, wsiadłem na rower, żeby sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że trafiłem na wesele. Początkowo sądziłem, że są to obchody jakiegoś święta. W jednym miejscu, w centralnym punkcie wsi, bawili się chyba jej wszyscy mieszkańcy, tańcząc w kręgach. Pierwszy raz w życiu widziałem jak z drona puszczane jest konfetti – wspomina Arek Borządek.

Na granicy bułgarsko-tureckiej
Pierwszym zaskoczeniem dla całej trójki, już po przekroczeniu bułgarsko-tureckiej granicy był doskonały stan dróg. Bez trudu mogli poruszać się rowerami dwupasmowymi trasami łączącymi poszczególne większe miejscowości, korzystając z szerokiego, asfaltowego pobocza. Kierując się na południe, a następnie na wschód wzdłuż wybrzeża Morza Marmara, szóstego dnia podróży dotarli do stolicy Turcji. Zgodnie przyznają, że Turcja zaskoczyła ich również wielką gościnnością. – Regularnie zapraszano nas na herbatę parzoną zgodnie z turecką tradycją. Pije się ją dosłownie wszędzie. W herbaciarniach i lokalach, bez względu na porę dnia, przesiadują mężczyźni, pijąc popularny napój. Trzeba przyznać, że herbaty bardzo nam smakowały – przekonuje Rafał. Na każdym kroku spotykali się ze szczerą życzliwością.

Ulice Stambułu
Okazuje się, że w Turcji, można również smacznie i tanio zjeść. Rafał, Arek i Krzysiek stołowali się w przeróżnych lokalach, wybierając przede wszystkim te, które serwowały domowe i tradycyjne specjały. – W jednej z tureckich miejscowości, pewien facet sprzedał nam patent, aby raczej omijać lokale, na których widnieje szyld – restauracja. Sugerował, abyśmy odwiedzali mniejsze lokale, gdzie nie ma podanych cen, a jedzenie odpowiada temu, co Turcy jedzą, na co dzień w swoich domach. To była bardzo dobra rada, bo można w nich dobrze zjeść, nie wydając majątku na jedzenie. Dla nas Polaków, jedzenie jest tam bardzo tanie. Wystarczy wspomnieć, że tureckie pide, zwane łódeczkami, czy to wegetariańskie, czy to z mięsem, kupowaliśmy za około 12 polskich złotych – tłumaczy Arek.
Widok na meczet Hagia Sophia
O tym, że Turcja jest krajem kontrastów, przekonali się, kiedy dotarli do Stambułu. Kilkunastomilionowa metropolia, położona na dwóch kontynentach jest olbrzymią aglomeracją, na której ulicach spotkać można zarówno drogie samochody, bogate rezydencje, restauracje i dzielnice handlowe, jak też ludzi, którzy zmuszeni są żywić tym, co znajdą na ulicy. – Stambuł to olbrzymie miasto. Zanim dojechaliśmy do ścisłego centrum, długo przemierzaliśmy rowerami przedmieścia stolicy. Wyglądają one jak każde polskie duże miasto. Wyrastają biurowce i dzielnice mieszkalne. To wszechobecny beton i szkło. Im bliżej centrum, tym częściej pojawiają się budynki historycznego Stambułu, w których znaleźć można restauracje, hotele i przeróżne sklepy. Zwiedziliśmy plac Taksim. Aby wejść do meczetu Hagia Sophia, musielibyśmy stać w kilkugodzinnej kolejce – wyjaśnia Rafał.
Ich małe Greckie wakacje
Po opuszczeniu Stambułu, podróżnicy wyruszyli w drogę do Grecji. Wiodła ona wybrzeżem Morza Marmara. Na europejską stronę przeprawili się promem, lądując z rowerami w Gallipoli. Granicę z Grecją przekroczyli po ośmiodniowym pobycie w Turcji.

Przygotowania do noclegu na jednej z greckich plaż
Podczas pięciodniowego pobytu w Grecji zdołali odwiedzić wiele ciekawych miejsc. Największe wrażenie zrobiła na nich Kavala, jedno z najpiękniejszych miast kontynentalnej Grecji, położone na malowniczym wybrzeżu Morza Egejskiego. – Kavala podobała nam się najbardziej. Wrażenie robi przede wszystkim twierdza, którą w XV wieku wzniesiono dla ochrony szlaku handlowego. Odwiedzając Kavalę warto zobaczyć też akwedukt Kamares z XVI wieku – przekonuje Krzysiek.

Akwedukt w greckiej Kavali
Jak się okazuje, Grecja w regionach turystycznych diametralnie różni się od tej, w której ludność nie żyje z szeroko pojętej turystyki. – Poza miejscowościami turystycznymi napotkaliśmy mnóstwo opuszczonych, upadłych sklepów, restauracji, stacji benzynowych. Niekiedy wygląda to niczym pustkowie, będące kadrem, żywcem wyjętym z postapokaliptycznego filmu. Przy drogach stoją porzucone samochody. Poza miejscowościami turystycznymi oraz Salonikami, przez które przejeżdżaliśmy, wygląda miejscami wręcz upiornie – wyjaśnia Arek. Co więcej, Grecja jest krajem, po którego drogach nieco mniej komfortowo, niż w Turcji, porusza się rowerem.
Przez Bałkany do domu
Droga z Grecji do Polski wiodła już tylko przez Macedonię, Serbię, Węgry i Słowację. Na trasie nie zabrakło akcentów związanych z Polską. – W Macedonii poznaliśmy piekarza, który bardzo dobrze zna polską Ekstraklasę. Dostaliśmy od niego pyszny chleb, który wypieka w piecu opalanym drewnem – mówi Arek. Poważnym plusem podróżowania rowerem przez kraje, takie jak Macedonia i Serbia jest to, że nawet posługując się wyłącznie językiem polskim, skutecznie można porozumieć się z ich mieszkańcami.

Serbia
Zdaniem pozytywnie zakręconej trójki rowerzystów, Serbia jest krajem niemal wymarzonym dla turystyki rowerowej. Odpowiadają za ten stan rzeczy między innymi jej swojskość i prowincjonalność. Kraj przypominać ma nieco pod tym względem Ukrainę. W Serbii cała trójka chętnie raczyła się przepysznymi burkami, nadziewanym ciastem, daniem bardzo popularnym na Bałkanach. – Praktycznie każdego dnia na śniadanie jedliśmy burki. W licznych piekarenkach można je z łatwością kupić na kawałki. Można je jeść kefirem lub zsiadłym mlekiem. W każdej, nawet najmniejszej miejscowości znajdują się piekarnie, w których można kupić świeże wypieki. Podaje się je lub sprzedaje na ciepło. Co ważne można tam dobrze zjeść, napić się kawy, czy też herbaty w bardzo rozsądnej cenie – wyjaśnia Krzysiek.
Końcowy etap podróży, każdy pokonał na własną rękę. Krzysiek aż do granicy polsko-słowackiej, podróżował rowerem. Zależało mu bowiem na tym, aby przejechać rowerem przez Kotlinę Panońską. Arek i Rafał przemierzyli Węgry pociągiem, oczywiście osobno, z uwagi na przebitą dętkę w rowerze Arka. Krzysiek przejechał łącznie około 4150 kilometrów. Pozostała dwójka pokonała około 2500 kilometrów.
- Takie eskapady są bardzo fajnym pomysłem na aktywne spędzenie wakacji. To także super przygoda, podczas której można dotknąć, zasmakować i dosłownie poczuć zapach innych krajów, poznać obyczaje ich mieszkańców, tradycję i kulturę – przekonuje Rafał.
MD

