Grając dla Śląska spełnia swoje piłkarskie marzenia
Jako młody chłopiec marzył o grze w polskiej Ekstraklasie. Pierwsze kroki z piłką stawiał w Jaśle pod okiem trenera Edwarda Nazgowicza. W końcu udało mu się dopiąć swego. Dziś jest jednym z kluczowych zawodników Śląska Wrocław. Zapraszamy do lektury wywiadu z Mateuszem Cholewiakiem.

Mateusz Cholewiak | fot. Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl
Marcin Dziedzic: Miniony sezon nie był sezonem marzeń dla Śląska Wrocław. Ostatecznie drużynie udało się jednak utrzymać w Ekstraklasie. Spora w tym zasługa piłkarza, który swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Jaśle. Czujesz się wybawcą, bohaterem Śląska?
Mateusz Cholewiak: Ten sezon nie był z pewnością taki, jakbyśmy sobie tego życzyli, nie tylko my zawodnicy, lecz również kibice i zarząd. Śląsk Wrocław jest uznaną marką, której miejsce jest w pierwszej ósemce ligowej tabeli. Powiem więcej, Śląsk powinien walczyć o udział w europejskich pucharach. Stało się jednak tak a nie inaczej. Do ostatniej kolejki walczyliśmy o utrzymanie. Cieszę się, że udało nam się tego dokonać i Śląsk w przyszłym sezonie wciąż grać będzie w Ekstraklasie. Nie czuję się bohaterem. Wiadomo, dołożyłem swoją cegiełkę do utrzymania, ale trzeba podkreślić, że w trudnym momencie dobrze zareagowała cała drużyna. Bez bardzo dobrych podań kolegów, nie strzeliłbym tych bramek. Pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną, dzięki czemu udało nam się utrzymać.
Rywalizację w grupie spadkowej rozpoczęliście jednak od dwóch porażek z Koroną Kielce i Górnikiem Zabrze. W oczy zajrzało wam widmo spadku. Jakie panowały wówczas nastroje w drużynie? Mieliście przeczucie, że to może być początek końca Śląska w Ekstraklasie?
Każdy z nas doskonale zdawał sobie sprawę tego, że sytuacja jest bardzo trudna. Po meczu z Górnikiem Zabrze spadliśmy, o ile pamiętam na przedostatnie miejsce w tabeli. Usiedliśmy wtedy wspólnie, mówiąc sobie, że w takim momencie musimy pokazać, że jesteśmy drużyną. Wreszcie, że dla swoich rodzin i kibiców zrobimy wszystko, aby Śląsk utrzymał się w Ekstraklasie. Mobilizacja i wzajemne wsparcie przyniosło efekt, w postaci zdobycia pierwszego ważnego punktu w meczu z Wisłą w Krakowie. Okazał się on niezwykle istotny w ostatecznym rozrachunku. Potem była seria czterech zwycięstw, które dały utrzymanie.
We wspomnianym przez ciebie meczu z Wisłą Kraków zagrałeś z urazem, którego nabawiłeś się w spotkaniu z Górnikiem Zabrze. Jesteś typem zawodnika, który nie szuka usprawiedliwień. W życiu prywatnym też tak jest?
Zacznę od urazu. Przed meczem z Wisłą były konsultacje medyczne i długie rozmowy z lekarzem i fizjoterapeutami. Usłyszałem, że nie jest on na tyle poważny, aby wykluczyć mnie z gry. Musiałem zażyć środki przeciwbólowe, ale mogłem zagrać. Bardzo chciałem wystąpić w tym meczu. Wiedziałem, w jakim miejscu jesteśmy. Chciałem po prostu pomóc drużynie. Tak samo jest w życiu. Nigdy nie szukam wymówek bądź jakichkolwiek usprawiedliwień. Jeżeli mam coś zrobić to staram się robić to na sto procent i zawsze dotrzymywać słowa.
Po remisie z krakowską Wisłą przyszło starcie z Zagłębiem Sosnowiec. O losach meczu rozgrywanego na Stadionie Ludowym zdecydowały między innymi dwa gole twojego autorstwa. Jakie towarzyszyły ci emocje, kiedy uświadomiłeś sobie, że umieszczając dwukrotnie piłkę w siatce walnie przyczyniłeś się do zdobycia przez Śląsk trzech punktów?
Ktoś, kto uważnie oglądał mecz z Zagłębiem na pewno widział, że nie było to dla nas łatwe spotkanie, co sugerować mógł końcowy rezultat. Zagłębie postawiło nam trudne warunki. Kiedy strzeliliśmy czwartą bramkę wiedzieliśmy, że sięgniemy po trzy punkty. W pierwszej połowie prowadziliśmy jednym golem. Do końca jednak była, nie powiem, że nerwówka, bo w tym meczu kontrolowaliśmy jego przebieg, ale nie było wcale łatwo. Straciliśmy bramkę na jeden do jednego i nagle Zagłębie złapało wiatr w żagle. Gdyby udało im się zdobyć drugiego gola mecz mógł potoczyć się zupełnie inaczej. Zareagowaliśmy jednak właściwie strzelając kolejne gole. Czułem wtedy, że zrobiliśmy ważny krok w dobrą stronę. Pokazaliśmy ten prawdziwy Śląsk, zdolny do budowania składnych akcji, strzelający bramki i co równie ważne grający konsekwentnie z tyłu. Poza straconym golem i rzutem karnym rywale oddali może dwa strzały zza pola karnego. Nasza gra defensywna stała na bardzo dobrym poziomie. Cieszyliśmy się w szatni. Radość ze zwycięstwa zawsze buduje dobrą atmosferę w zespole. Mieliśmy jednak świadomość, że był to dopiero pierwszy mały kroczek, a przed nami są dwa najważniejsze mecze, o przysłowiowe życie.
W pierwszym z nich, przeciwko Wiśle Płock znów umieściłeś piłkę w siatce. To nie mógł być przypadek.
Udało mi się trafić do bramki. Ten mecz był bardzo nerwowy. O ile się nie mylę, dopiero w ostatnich dziesięciu minutach Marcin Robak strzelił zwycięskiego gola. Udało nam się jednak wygrać to spotkanie. Wiedzieliśmy, że o utrzymaniu zdecyduje wynik meczu z Miedzią Legnica, ale już po starciu z Wisłą złapaliśmy potrzebny oddech. W szatni poczuliśmy, że jesteśmy mocni, że jesteśmy w stanie wygrać dwa ostatnie mecze sezonu. Tak też się później stało.
Po obejrzeniu spotkania z Wisłą Płock zapewne nie tylko mnie nurtowało pytanie, czy takie właśnie rozegranie rzutu rożnego, po którym skierowałeś piłkę głową do siatki było przez was szlifowane na treningach?
Teraz mogę powiedzieć, że trenowaliśmy taki wariant. Dzień przed samym meczem dopracowywaliśmy rozegranie stałego fragmentu gry. Wtedy w ten właśnie sposób udało mi się strzelić. Powiedzenie, jak trenujesz, tak grasz nie jest więc tylko pustym sloganem.
Oczywiście to piłkarze biegają po murawie i strzelają bramki. Ile jednak w zwycięskim finiszu było zasługi trenera Vítězslava Lavički?
Bardzo dużo. Trener w tych trudnych dla nas chwilach, ani na moment w nas nie zwątpił. Po meczu z Wisłą, kiedy wszyscy mówili, że zdobyliśmy zaledwie punkt, on twierdził, że to aż jeden punkt. Powtarzał, że wykonaliśmy dobrą robotę i w tym kierunku powinniśmy zmierzać. Miał rację. Cały czas w nas wierzył, starając się nam wpoić, abyśmy skupili się na pracy, a nie śledzeniu tego, co pisze się o nas w mediach. Przekonywał, że to przyniesie efekty. Jak widać, nie mylił się.
To trener Lavička zaczął konsekwentnie wystawiać cię na pozycji napastnika operującego na lewej flance. Swoją karierę w Śląsku zacząłeś jednak jako lewy obrońca. Na której z tych pozycji czujesz się lepiej?
Bardzo często słyszę to pytanie. Gdy grałem na lewej obronie, kiedy trenerem Śląska był Tadeusz Pawłowski wynikało to z potrzeby czasu. Każdy chce grać, ja też chciałem. Tak zdecydował wówczas trener, czemu musiałem się podporządkować. Podjąłem tę rękawicę. Jak się później okazało zagrałem na tej pozycji, co najmniej kilkanaście spotkań. Nie będę jednak ukrywał, że lepiej czuję się w grze ofensywnej. To na lewym skrzydle grałem pół swojej przygody z piłką. Gra na pozycji lewego obrońcy była dla mnie jednak ciekawym doświadczeniem. Dzięki temu mogłem spojrzeć na grę zespołu z nieco innej perspektywy.
Obserwując twoją grę, można odnieść wrażenie, że jesteś wręcz urodzonym skrzydłowym. Jesteś dynamiczny i piorunująco szybki. Masz czwartą średnią w Ekstraklasie pod względem liczby sprintów na mecz. Szybsi od ciebie są jedynie Mateusz Wdowiak i Martin Kostal. W meczu z Koroną Kielce pobiegłeś z prędkością 34,89 km/h. Wygląda, więc na to, że trener Lavička, który w drużynach przez siebie prowadzonych stawia na ofensywny styl gry doskonale ocenił twój potencjał.
O moich walorach fizycznych i szybkościowych trener wiedział przychodząc do Śląska. Wciąż jednak ustawiał mnie na lewej obronie. Mówił, że oglądał mecze, w których wystąpiłem na pozycji lewego obrońcy i podobała mu się moja gra. Dlaczego zmienił decyzję i ustawienie? O to należałoby spytać jego? Przyszedł przegrany mecz z Górnikiem Zabrze, w którym zagrałem jako skrzydłowy. Od tego momentu konsekwentnie ustawiał mnie na tej pozycji.
Wróćmy do chwili, gdy dołączyłeś do Śląska. Był luty 2018 roku. Czy wtedy wierzyłeś w to, że rok później będziesz kluczowym zawodnikiem drużyny, będziesz strzelał gole, asystował w kluczowych dla losów sezonu meczach, wreszcie trzykrotnie twoje nazwisko znajdzie się w jedenastce kolejki?
Decyzja o przejściu do Śląska Wrocław była jedną z najtrudniejszych w moim życiu. Pamiętam, że jako zawodnik Stali Mielec wróciłem z drużyną z obozu w Turcji. Zostały cztery dni okienka transferowego. Nic nie wskazywało na to, że zmienię wtedy otoczenie. W styczniu oczywiście pojawiały się sygnały z innych ekstraklasowych klubów. Nie były one jednak wystarczająco konkretne. Nagle sytuacja uległa diametralnej zmianie. W zasadzie jeden dzień, a nawet cztery godziny przesądziły o tym, że opuszczę Stal. Zgłosił się po mnie Śląsk. Usłyszałem, że bardzo chcą, abym znalazł się we Wrocławiu. Stanąłem przed trudnym wyborem. Z dnia na dzień musiałem wszystko zostawić. Moja narzeczona miała pracę w Mielcu. Dla niej też nie było to łatwe. Wiele lat jednak pracowałem ciężko na to, aby znaleźć się w Ekstraklasie. Decyzja mogła być, więc tylko jedna. Nie żałuję, że ją podjąłem.
Przejście do zespołu grającego w najwyższej klasie rozgrywkowej z pierwszej ligi to spore wyzwanie. Co najbardziej zaskoczyło cię po przenosinach do Wrocławia? Jakim nowym wymaganiom musiałeś sprostać?
Największym zaskoczeniem była cała otoczka medialna. Ekstraklasa jest bardzo rozbudowana pod względem marketingowym. Do tego dochodzi aspekt sportowy. W Ekstraklasie grają bardzo doświadczeni zawodnicy, którzy w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce zaliczyli nawet kilkaset występów. To robi wrażenie. Pomiędzy pierwszą ligą a Ekstraklasą nie ma jednak olbrzymiej przepaści. Wystarczy spojrzeć na Raków Częstochowa, który zrobił w tym sezonie fantastyczny wynik. W Pucharze Polski zdołali pokonać Legię Warszawa, która zawsze bije się o tytuł mistrzowski.
W kwietniu tego roku przedłużyłeś umowę ze Śląskiem Wrocław. Będzie ona obowiązywać do czerwca 2020 roku. Wrocław okazał się dla ciebie doskonałym wyborem. Wygląda na to, że na dobre zadomowiłeś się przy Oporowskiej 62. Czy to właśnie w Śląsku chciałbyś zakończyć piłkarską karierę?
We Wrocławiu czuję się bardzo dobrze. W pierwszych miesiącach musiałem tutaj radzić sobie sam. Moja narzeczona dołączyła do mnie, kiedy poukładała wszystkie swoje sprawy w Mielcu. Kiedy jest przy nas bliska osoba znacznie lepiej się funkcjonuje. Teraz mam ją przy sobie, na co dzień. Dzisiaj trudno jest stwierdzić jak potoczą się losy mojej kariery. Czy zakończę ją w Śląsku? Nie wiem. Jeżeli klub i jego zarząd zechce, abym został tutaj na dłużej, to jestem na tak. Życie nauczyło mnie jednak, żeby nie planować. Staram się skupiać na tym, co robię. Ważne są praca i pokora. Na obecną chwilę mam kontrakt, który zamierzam wypełnić.
We Wrocławiu jak przekonujesz, czujesz się doskonale. Często jednak wracasz myślami do rodzinnego Jasła?
Jasło cały czas jest w moim sercu. Teraz, kiedy mam odrobinę wolnego czasu odwiedzam rodzinne miasto. Z chęcią chodzę wtedy na mecze Czarnych Jasło. Lubię wracać tam, gdzie zaczynałem swoją przygodę z piłką, do miejsc, w których stawiałem pierwsze kroki z piłką. Tutaj mieszkają moi rodzice. Kiedy tylko mam okazję staram się ich często odwiedzać. Z Wrocławia do Jasła są tylko cztery godziny jazdy. Lubię to miasto.
Tutaj rozpocząłeś przygodę z piłką. W 2002 roku z drużyną wywalczyłeś mistrzostwo Podkarpackiej Ligi Młodzików Starszych. Jak gra w UKS MOSiR Jasło wpłynęła na późniejsze losy twojej piłkarskiej kariery?
Ta przygoda zaczęła się nieco wcześniej. Pierwsze kroki z piłką stawiałem pod okien trenera Edwarda Nazgowicza, żywej legendy jasielskiej piłki. Pamiętam, że przyprowadził mnie do niego mój dziadek. Obaj byli przyjaciółmi. Mając jednak siedem lat musiałbym trenować z dziesięcioletnimi chłopcami. Trener był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Nie był pewien, czy poradzę sobie grając ze starszymi i większymi ode mnie kolegami. Dziadek nie zamierzał dać za wygraną, a zresztą też. W końcu rozpocząłem treningi. Dziś mogę powiedzieć, że bardzo wiele zawdzięczam Edwardowi Nazgowiczowi.

Drużyna UKS MOSiR Jasło na turnieju Podkarpackiej Ligi Młodzików Starszych w 2002 r. (Mateusz Cholewiak pierwszy od lewej w drugim rzędzie od dołu)
Każdy młody chłopak grający w piłkę ma swoich ulubionych graczy, piłkarskich idoli. Na którym z zawodników wzorowałeś się u progu kariery zawodniczej? Jakie piłkarskie plakaty wisiały na ścianach twojego pokoju?
David Beckham był takim piłkarzem. Od dziecka kibicuję Manchesterowi United, co nie pozostawało bez znaczenia. Pierwszą piłkarską koszulką, jaką miałem, była koszulka właśnie Beckhama. Byłem pod dużym wrażeniem tego jak gra. Teraz spoglądam często na Cristiano Ronaldo. Jest dla mnie wzorem ciężkiej pracy i motywacji.
Do treningów wracasz dopiero 17 czerwca. Nie oznacza to jednak, że próżnujesz. W Jaśle spotkasz się na przykład z dziećmi trenującymi w Akademii Piłkarskiej Jasło. Jakie usłyszą od ciebie rady?
Kiedy spotykamy się z dziećmi, staramy się im wiele podpowiadać. Często te dzieciaki są wpatrzone w zawodników, z zapartym tchem słuchają tego, co mamy im do powiedzenia. Zawsze staram się uzmysłowić młodym zawodnikom, że nie tylko talent jest ważny, że równie istotna jest ciężka praca i dużo pokory. Przychodzą takie mecze, w których jest się najlepszym na boisku, Za moment okazuje się, że forma pozostawia wiele do życzenia, że coś nie idzie po naszej myśli. To jest zupełnie normalne. Wówczas z pomocą przychodzą koledzy z drużyny. Kiedy jeden zawodnik nie radzi sobie, drugi będzie to nadrabiał. To przede wszystkim muszą zrozumieć młodzi adepci piłki nożnej. Najważniejsze jest jednak to, aby cieszyli się grą i szanowali się nawzajem.
Z Mateuszem Cholewiakiem 30 maja rozmawiał Marcin Dziedzic.

